W ponurych czasach pozostaje nam koić zmysły humorem i dobrymi wiadomościami. Dlatego tak cenne od miesięcy były dawki dowcipów serwowane przez kabarety (przynajmniej na tych kanałach TV, na który nie ma jeszcze odgórnego przykazu: z czego można się śmiać, a z czego już nie można).

Z latach 90. najlepiej zapamiętałem seksistowskie wyczyny Benny’ego Hilla oraz wygłupy Jasia Fasoli – choć podobne do wielu sitcomowych komedii amerykańskich – wyczyny brytyjskich komików jakoś bardziej zapadły mi w pamięci od amerykańskich Married… witch Children (czyli Świata według Bundych), czy też Alfa. Swoją droga – doczekaliśmy się udanej, polskiej kalki w postaci Świata według Kiepskich (oraz tej zupełnie nieudanej, czyli Rodzinki.pl).

Brendan O’Carroll – znacie to nazwisko? Jeśli tak, to już nie musicie nic więcej czytać, jeśli nie – to wszystko jeszcze przed Wami. Po latach odwyku od wygłupów Jasia Fasoli (który w innych rolach aktorskich okazał się totalnym nieporozumieniem) i coraz bardziej zamazujących się wspomnień o Bennym Hillu, pewnej nieprzespanej nocy, na jednym z kanałów TV polskiej telewizji, pod koniec ubiegłej dekady poznałem Panią Brown i jej rodzinę. Irlandzką rodzinę z zasadami. Przyznaję, że Brendan O’Carroll (grający tytułowa rolę pani Brown) to jednoosobowa, mistrzowska orkiestra komediowa, przyprawiona stosownym strojem i otoczona dziesiątkami gagów słownych i sytuacyjnych, którym O’Carroll sypie bez przerwy z rękawów na raz. Nie dziwię się, że sitcomowa komedia trwa zaledwie 30 minut, bo ileż można się śmiać bez przerwy? Wystarczy jeden odcinek Mrs Brown’s Boys, by dać się wciągnąć w cały serial (emitowany w Polsce po raz pierwszy w iście nieludzkich, późnonocnych lub bardzo wczesnoporannych godzinach).

Ku ogromnemu zaskoczeniu zobaczyłem Panią Brown na gościnnych występach u Tylera Perry’ego (amerykańskiego komika, twórcę postaci Madei) w Zjeździe rodzinnym Madei (A Madea Homecoming). Zaskakujące, że obie (przebierane) postacie – Madea i Pani Brown niemal w tym samym czasie – pod koniec lat 90. Zderzenie dwóch jakże charakterystycznych kreacji wydawało się więc nieodzowne.

W Zjeździe rodzinnym Madei wszystko zaczyna się tradycyjnie od wybuchu (ognia), a później atmosfera tylko gęstnieje. Fakt – Pani Brown jest tu nieco na doczepkę i wyraźnie Brendan O’Carroll nie odnajduje się w świecie amerykańskiego, autoironicznego dowcipu. Choć obie bohaterki tego zderzenia kultur to postacie dosadne, bezpośrednie i jakże dobrze przerysowane – ja cały czas miałem ochotę na więcej Pani Brown w domu Madei. Mimo wszystko – to ciekawy film, a ja chętnie obejrzałbym kontynuację, tym razem Madei odwiedzającej Panią Brown w jej rodzinnym domu. Na zachętę, zwiastun:

PS Dowolny odcinek Chłopców Pani Brown i tak jest lepszy. A samego Tylera Perry’ego (i jego ekipę) doceniam za ogromną dawkę afroamerykańskiej i amerykańskiej autoironii.