World of Goo

Pakiecik najwyższych not od cenionych w branży periodyków i portali (średnia 93%! Łał!), ogromny szum w mediach, nominacje do tytułu gry roku! Mario 128? Halo 4? Modern Warfare 2? Nie. To tylko glutki.

Przeciętny gracz lubi tytuły z trójwymiarową, gniotącą gałki oczne grafiką. Dlatego, jeśli planuje się zrobić grę płaską jak naleśnik, należy obdarzyć ją jakiegoś rodzaju ciekawym pomysłem. Tak było z LocoRoco, gdzie zamiast bohaterem, sterowaliśmy światem. Podobnie w Pataponach naszą armię prowadzimy do boju wydając im muzyczne polecenia. World of Goo idzie śladami tamtej dwójki, a swoją rozgrywkę opiera o tytułowe (Goo) fąfle.

Podstawowa plansza wygląda tak: z jednej strony nasze żelki, z drugiej (w trudno dostępnym miejscu) rura pałająca chęcią wessania naszych podopiecznych. Naszym zadaniem jej to umożliwić. W tym celu wykorzystamy gluty jako budulec do stworzenia dużej konstrukcji, połączonej z ową rurą. Łapiemy więc pociesznego stworka, przybliżamy do co najmniej dwóch innych i voila! – doczepiliśmy go do reszty, tworząc coś na kształt rusztowania mostu. Potem bierzemy następnego, potem jeszcze następnego i tak dalej, aż wreszcie nasza budowla sięgnie upragnionego wyjścia.

Całe to przedsięwzięcie nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. Podstawowym problemem jest fizyka. Tak, tak, nasze glucie swoje ważą i zbyt mocno się siebie nie trzymają. Duże zagrożenie stanowią wiatr i ruchome elementy planszy, mogące łatwo wywrócić naszą budowlę. Musimy więc budować w taki sposób, żeby powstały twór był stabilny.

W osiągnięciu celu przeszkodzi nam także design plansz, zazwyczaj nieźle wykręcony. Prosty przykład: dwie wyspy i konieczność przejścia z jednej na drugą. Sklejamy wysoką wieżę, a następnie odrobinę obciążamy ją z jednej strony. Ta upada i tworzy most. Coś bardziej wyrafinowanego? Proszę bardzo: glutki znajdują się w ciągle obracanej butelce, rura zaś swego położenia nie zmienia. Budowla powinna mieć taki kształt, żeby po kolejnym zwrocie szklanego otoczenia szybko połączyła się ze zbawienną rurką. Nie zapomniano o klasycznych growych przeszkadzajkach jak kolce, zbiorniki lawy, płomienie, czy też inne zgniatarko-mlaskarki. Im głębiej w las tym ciekawsze i bardziej porąbane zadania, ale właśnie poznawanie ich to druga (po rozwiązywaniu) najbardziej frajdopędna cecha World of Goo.

W pokonywaniu kolejnych przeszkód pomogą nam specjalne odmiany żelków. Podczas podróży po świecie napotkamy nie tylko zwykłe, czarne smarki (do jednorazowego użytku), ale także stwory zielone (wielokrotna zmiana pozycji), białe (można je łączyć w linie) czy łatwopalne – czerwone. Jeśli już kompletnie nie mamy pojęcia jak rozwiązać daną zagadkę po prostu wykorzystujemy jedno z kilku dostępnych pominięć… dla desperatów pozostaje wpisanie ‘World of Goo” w YouTube’owej wyszukiwarce.

Poza oryginalnością, wspomniane wcześniej LocoRoco i Patapony obdarzono jeszcze jedną cudowną cechą – świetną oprawą audiowizualną. Produkt 2D Boy nie daje sobie w kaszę dmuchać i designersko wymiata.

Po pierwsze, grafika. Cudowne, rysunkowe plansze potrafią zaprzeć dech w piersiach. Raz omijamy kolosalne wiatraki, kiedy indziej budzimy… piękną dziewczynę, której uroda jest przetwarzana na energię. Wszystko to wygląda pięknie, rusza się pięknie i spodoba się każdemu lubiącemu coś więcej niż wylatującą z obcych krew.

Kolejny element żelkowej sałatki – dźwięki. Oglądając wschód Słońca posłuchamy utworów podnoszących na duchu; w fabryce usłyszymy syk ognia, a w komputerowym świecie towarzyszyć nam będą elektroniczne beaty. Ścieżka dźwiękowa to raj dla uszu (i można ją ściągnąć za darmo z Internetu!).

Jednak prym w walce o zamiłowanie gracza wiodą glutki. Cały czas się turlają, przewracają swoimi wielkimi oczyma, śmieją się i chichoczą. Krótko mówiąc – urocze są. I nie zdziwi mnie, jeśli podbiją czyjeś serce bardziej niż bloby z LocoRoco!

Jedna rzecz odróżnia World of Goo od jego dwóch „sióstr” – fabuła. Jest ona przedstawiona za pomocą znaków porozstawianych po poziomach przez niejakiego Malarza Artystę i skupia się wokół losów wielkiej Korporacji Glut oraz jej nowych wypuszczanych na świat produktów. Historyjka potrafi rozbawić swoją bezpośredniością i zwyrodniałymi pomysłami. Komputerowy program MAMA, wysyłający spam do użytkowników sieci, wykorzystywanie trupów brzydkich smarków jako mostu dla pięknisiów? Kogoś to nie przekonuje?

Jeśli lubisz pomyśleć przed ekranem, interesujesz się grami oryginalnymi i z „duszą”, World of Goo to pozycja dla Ciebie. W zamian za wydaną kasę dostaniesz kilka godzin świetnej zabawy, a jeśli to dla ciebie za mało, zawsze możesz spróbować swoich sił w wykonaniu specjalnych zadań na każdej planszy. Można narzekać, że wciąż za krótko, albo na brak edytora poziomów, ale… po co? I tak warto kupić.

Hej, chwila, to kosztuje dwadzieścia złotych! Do sklepu MARSZ!

Plusy: pomysłowość, plansze, oprawa, gluty
Minusy: za krótko, fajny byłby edytor plansz
Ocena: 8.5 Dla Gracza