Naughty Dog – zasłużone studio deweloperskie, autorzy takich hitów jak Crash Bandicoot i Jak & Daxter – znowu zaatakowali. Tym razem produkcją na PlayStation 3 i to z gatunku innego niż ich dotychczasowy ulubieniec, platformery. Czy Uncharted sprostał wygórowanym oczekiwaniom? Już na wstępie mogę powiedzieć: zdecydowanie tak!
Główną personą dramatu jest Nathan Drake – poszukiwacz przygód, łowca skarbów i awanturnik, uważający siebie za potomka Sir Francisa Drake’a – sławnego podróżnika i korsarza. Nasz bohater, wraz z dziennikarką Eleną Fisher (stanowiącą balast dla podróżników, a jak!) i starym druhem Sullivanem, wyrusza śladami swojego domniemanego przodka, żeby odnaleźć legendarne miasto złota – El Dorado.
W tym miejscu nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podsumowanie tej wyliczanki podkreśleniem jednej z największych zalet Uncharted, czyli wyrazistych postaci, które – oczywiście poza odpornością na obrażenia – mogłyby żyć gdzieś obok nas! Main hero jest z charakteru bardzo podobny do Indiany Jonesa – zabawny i potrafiący poradzić sobie w każdej sytuacji. Żywo komentuje wydarzenia, których jest świadkiem bądź sprawcą – często naprawdę zabawnie („You’ve got to be kidding me!” po ujrzeniu ogromnych rozmiarów, pokrytej Bóg-wie-jakim-zielskiem i rozpadającej się od pierdnięcia komara fortecy, na którą trzeba się wspiąć) – co jest zasługą świetnie wykorzystanego duetu: Lady Motion Capture oraz Sir Voice Actinga. Marszczący się Drake rzucający spod nosa „Oh, crap” robi naprawdę męskie wrażenie, a kiedy w jego stronę leci rozdziewiczony granat – zaczyna panikować jak dziewczynka: „Ayayay!”. Inne napotkane przez Gracza osoby także idealnie wpasowują się w kanon historii „a’la Indiana” – mamy kasiastego, zadufanego w sobie głównego buca (duży mięsień piwny i wieśniackie szelki w zestawie), niepowstrzymującego swego konkretnego ADHD przywódcę wrogich nam najemników oraz podstarzałego już Sullivana (lubującego się w żartach o burdelach). Do tej paczki dochodzi jeszcze Elena, czyli jedna z tych kobiet o oryginalnej urodzie i charakterze, którego nie można zapomnieć.
Jak można wywnioskować z opisu fabuły i postaci, gra charakterem bardzo przypomina filmy o Indym i gry o Larze Croft. Doświadczymy tu więc skakania po ruinach, rozwiązywania zagadek przestrzennych i ostrych wymian ognia.
Okej, wydało się. Właśnie wypaplałem jedną z większych wad Uncharted – jego kłamliwość. Już tłumaczę – o ile do samych mechanizmów nie można się przyczepić, wszystko jest dopięte praktycznie na ostatni guzik, tak dużo zarzucić można dysproporcjom między różnymi elementami rozgrywki. Zwięźle mówiąc: za dużo strzelania! Nasza przygoda zaczyna się od krótkiej potyczki na łodzi, ale zaraz potem przechodzimy dość długi (i bardzo satysfakcjonujący) etap platformowo-zagadkowy. W ten sposób gra roztacza fałszywy obraz samej siebie – człowiek już się nastawia na dużą ilość huśtania się po lianach, brykania po gzymsach i przesuwania luster (klasyczny numer przecież), a tu się okazuje, że czym dalej w fabule, tym więcej mordowania przeciwników (a mniej zwiedzania).
Same walki z kolei najlepiej porównać do jednego z najlepszych shooterów TPP ostatnich kilku lat – Gears of War. Tak samo jak w pozycji Epic Games, tak i w Uncharted kluczem do przeżycia jest umiejętne krycie się za przeszkodami terenowymi i wychylanie się zza winkla tylko po to, żeby oddać kilka strzałów i znów schować swoją łepetynę za kolumną czy innym murkiem. Tym, co różni dzieło Niegrzecznych Psiaków od wyczynu Bleszinsky’ego, jest sposób budowania poziomu trudności. Zamiast długich i całkiem szerokich korytarzy, w których podstawą było skuteczne okrążenie przeciwników jedną z zaledwie kilku dróg, tutaj mamy zazwyczaj przestrzenie, na których nie tylko my możemy przeciwnika zajść od tyłu, ale i on nas też. Zmusza to do ciągłej zmiany pozycji i uważnego przypatrywania się posunięciom wrogów, a nie walki „my tu, oni tam – strzelamy!”. Dodatkową umiejętnością która stawia Nate’a ponad Marcusem Fenixem jest skill do jednoczesnego zwisania z urwiska i prowadzenia ognia zaporowego. Ale jak tu się dziwić, skoro obydwu bohaterów różni posiadanie i brak tony studzienek ściekowych na plecach?
![]()
No, ale nie samymi granatami się żyje. Do dyspozycji dostaliśmy także całkiem spory arsenał pukawek różnej rasy i maści. Spójrzmy więc na liczby: pięć rodzajów broni krótkiej (od zwykłych pistoletów po Desert Eagle i potężny rewolwer), dwa karabiny szturmowe (Ak-47 i M4), granatnik, dwie strzelby, karabin snajperski i – uwaga – MP40. Naszych zabawek nie można jednak kolekcjonować bez ograniczeń – Nate jest zdolny nosić przy sobie tylko jedną broń długą i jedną krótką. Kolejne narzędzia zagłady pojawiają się z biegiem czasu, oczywiście ich siła też jest stopniowana. I tak – o ile kiedy pierwszy raz dane nam jest pobawić się M4 wygodniej jest zostać przy wysłużonym Kałachu. Później zaś trudno do niego znaleźć jakąkolwiek amunicję.
Oczywiście gra nie polega tylko na strzelaniu i skakaniu. Pierwszym z dwóch urozmaicaczy zabawy są sceny, w których jedziemy samochodem i strzelamy z zamontowanego na nim działka lub te, w których płyniemy skuterem wodnym. No i dalej strzelamy, tym razem jednak z granatnika lub pistoletu towarzyszącej nam Eleny. Sekcje pływane są najgorszym elementem całej układanki pod tytułem Uncharted – problemy ze sterowaniem i zagrażający nam wrogowie nawet najspokojniejszego z nas doprowadzą do murowanej frustracji. Każdy kto płynął kiedyś takim rodzajem transportu wodnego zauważy od razu wolne tempo, zupełnie niezgadzające się z samą ideą skuterów.
Kolejne są łamigłówki – bardzo proste (skoro mi się udało je rozwiązać bez większego problemu to każdy z Was zrobi je z zamkniętymi oczami), aczkolwiek przyjemne i stanowiące miłą odmianę od ciągłej rzezi. Ciekawie zastosowany tu patent to możliwość skorzystania z dziennika Ol’ Drake’a w celu poznania rozwiązania danego problemu. Świetna idea, jednak nie do końca dobrze wykorzystana – książeczkę posiadamy tylko na początku i pod koniec historii, a wykorzystujemy ją bardzo rzadko.
Nawet dzisiaj, kilka tygodni po premierze nadmuchanego Killzone’a 2, Uncharted robi fenomenalne wrażenie pod względem graficznym. Mi możecie wierzyć – jestem jedną z tych osób, których techniczna strona wizualna gier nie rusza. Dla mnie liczy się design, a ten jest niebanalny. Projekty poziomów są zaiste świetne, z mnóstwem szczegółów i bardzo dobrymi pomysłami. Mój ulubieniec to zalane, stare miasto, w którym pływamy pomiędzy kolumnami w wąskich uliczkach – doskonały pod względem klimatu level. Zwiedzimy także katakumby, stare świątynie, bazę Pewnych Sił Wojskowych i, oczywiście, dżunglę. Świetnie wykonaną dżunglę, należałoby napisać – podczas przechadzek po niej natrafimy na ogromne wodospady i zniszczone rezydencje, a chyba najpiękniejszym widokiem jest… stara łódź podwodna, w samym środku tropikalnego lasu (i do tego wbita w wodospad) robi piorunujące wrażenie. Powiem więcej – jest to jeden z ładniejszych obrazków w grach video, jaki dane było mi oglądać!
Muzyka to kolejny mocny aspekt gry, choć może nie wszystkie utwory zapadną wam w pamięci. Mamy oczywiście odpowiednie tajemniczo-epicko-przygodowe brzmienia, odgłosy dżungli, kilka motywów w stylu „świat się wali, spiesz się!”, momenty groźnej ciszy i bardzo, bardzo dobry utwór towarzyszący nam podczas walk. Pompuje adrenalinę i zdecydowanie podbija frajdę płynącą z ostrzeliwania się!
Wypadałoby kończyć te zachwyty, bo jeszcze powstaną plotki o kopertach kursujących między moim domem a siedzibą Naughty Dog. Wiecie, jakie to dzisiejsze społeczeństwo – zdeprawowane i nie myślące o prawdziwych wartościach, hehe. Cóż mogę więcej powiedzieć o Uncharted, żeby zachęcić was do zakupu? Może to, że to bardzo dobry shooter ze świetną grafiką? Że to wspaniała przygoda, będąca idealnym przeniesieniem atmosfery i idei Indiany Jonesa na ekrany naszych telewizorów? Tak, to dobre rekomendacje.