Kwiecień, rok 1986. W czwartkowe wieczory program „Sonda” gromadzi przed telewizorami tysiące widzów. W kioskach Ruchu debiutuje miesięcznik Komputer. Na południowym zachodzie Polski w górniczym mieście Lubin i zatęchłym powietrzu kabiny filmowej miejscowego kina odbywa się pierwsze spotkanie klubu komputerowego, który nigdy nie doczeka się nawet nazwy. Na ekranie postawionego w kabinie specjalnie na tę okazję rozstrojonego 24-calowego telewizora Rubin (produkowanego w Polsce na licencji radzieckiej) pojawia się głodny Horacy, bohater serii gier. Tak rozpoczyna się bodaj największa dolnośląska przygoda z komputerem ZX Spectrum.

Mój pokój geeka lat osiemdziesiątych: 1. Telewizor Beryl, 2. Przenośny telewizor Neptun, 3. Zdjęcie Schwarzennegera, 4. Lampka biurkowa z napisem The Cure, 5. Timex 2048 ze stacją dysków, 6. Zdjęcie Conana, 7. Okładka Bravo z The Cure, 8. Książki i czasopisma (w tym wszystkie Bajtki i Komputery). Na zdjęciu nie zmieściły się plakaty z Gwiezdnych wojen, fotografie Depeche Mode i mapy z Bajtka. Jegomość na zdjęciu to Adrian Chmielarz, który odwiedził mnie z saveami do Bard’s Tale

Część z Was zdążyła już pewnie zapytać, czy będzie to kolejny artykuł o Adrianie Chmielarzu. I tak, i nie. To prawda, Adrian i ja byliśmy w grupie członków-założycieli klubu zrzeszonego przy ówczesnym Domu Kultury Zagłębia Miedziowego w Lubinie. Mniej jednak chcę Wam przybliżać dobrze przecież znaną postać twórcy Painkillera, bardziej natomiast okoliczności, które go ukształtowały, i postacie, które odegrały w tej historii ważne role drugoplanowe. To opowieść o grupie dzieciaków, o polskich „goonies”, którzy chodzili razem do kina, po każdym odcinku „Pana Samochodzika” szukali skarbów na podwórku, a pod choinką chcieli znaleźć lutownicę i zwój kabli, oraz dorosłych, którzy razem z młodymi ludźmi dzielili te same pasje.

Stolica polskiej miedzi

Lubin był w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku miastem wyjątkowym. To tu działał prężnie Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi (dzisiejszy KGHM Polska Miedź SA), który do sprawnego zarządzania wydobyciem i obróbką rudy miedzi potrzebował najlepszych możliwych rozwiązań informatycznych. Nic dziwnego, iż właśnie tu zgromadzili się najzdolniejsi inżynierowie, którzy w pracy debatowali nad zastosowaniami komputera ZX Spectrum, a w domu tę samą platformę namiętnie używali do… grania.

Dom Kultury Zagłębia Miedziowego w Lubinie. Gości witają czerwone flagi. Takie to były czasy

Mało tego, rzeczą jakże charakterystyczną dla tamtego okresu była słynna „karta G” – rodzaj przepustki do sklepów ze sprzętem niedostępnym zwykłym śmiertelnikom. Zaopatrzeni w nią górnicy mogli kupować kolorowe telewizory, magnetowidy, roboty kuchenne, a także komputery. Nic dziwnego, że Spectrum gościł w lubińskich domach częściej niż gdziekolwiek indziej, wyjąwszy może stolicę.

Od pędzla do klawiatury

W wietrzną i chłodną sobotę kwietnia 1986 roku przy ulicy Armii Czerwonej 1 w Domu Kultury Zagłębia Miedziowego odbyło się pierwsze spotkanie klubu komputerowego. Jego instruktorem został Dariusz Milka, absolwent studiów z zakresu elektroniki i cybernetyki technicznej na Politechnice Wrocławskiej, konstruktor i informatyk w górniczym kombinacie. Dom kultury komputerów nie miał, jednak Milka dysponował wówczas własnym egzemplarzem ZX Spectrum 48K. Pierwszą grą, jaką ujrzeliśmy na ekranie telewizora Rubin, był Hungry Horace.

Plac Wolności w Lubinie. W tle widać okna klubu komputerowego

Szybko okazało się, że kabina filmowa nie będzie właściwym miejscem dla kilkunastu uczestników, toteż tego samego miesiąca zapadła decyzja o przekazaniu na rzecz klubu nieużywanej i wymagającej remontu, ale przestronnej garderoby. Spotkania zaczęliśmy od malowania ścian i stołów, montażu instalacji elektrycznej oraz lutowania kabli. Niestety po remoncie okazało się, że na zakup klubowych komputerów trzeba będzie poczekać. Wkrótce jednak dotarły do niego dwa egzemplarze marki Timex 2048, a nowym instruktorem został kolejny kombinacki inżynier Krzysztof Kałdus, zdolny programista, pasjonat poezji Stachury i fan muzyki rockowej. W tym samym czasie Chmielarz stworzył prywatny „bursztynowy szlak”. Regularnie wyruszał po gry na warszawską giełdę, następnie dystrybuował je we Wrocławiu, a na końcu wśród znajomych Lubinie, gdzie namiętnie testowane były przez całą klubową ekipę.

Gramy, bo programujemy; programujemy, bo gramy

Mój ojciec patrząc, jak skaczę Dizzym przez ekran telewizora, zwykł mawiać, że te „cholerne gry” zrobią ze mnie kiedyś mordercę. A ponieważ zupełnie przypadkowo złożyło się, że był on dyrektorem rzeczonego domu kultury, wszyscy musieliśmy trzymać się na baczności i w razie kontroli resetować komputery, by pokazać, że… uczymy się programowania. Nie było to jednak dalekie od prawdy. Ja poprzestałem co prawda na języku Basic, ale namiętnie tworzyłem w nim gry tekstowe na podstawie opowiadań Roberta E. Howarda i H. P. Lovecrafta.

Adrian tymczasem biegle opanował asembler i tworzył imponujące liczby poprawek do gier. W wolnych chwilach pisał własne programy. Tak powstał Fantastyczny test, równie słynny, co niedostępny dziś Erotic Fun oraz interaktywna wersja „Dzienników Adriana Mole’a”. Chmielarz przeniósł też na platformę Sinclaira grę paragrafową „Kosmolot podróżnik”, tworząc tym samym pierwszą w Polsce cyfrową powieść interaktywną, czyli taką, która umożliwia interakcję z czytelnikiem poprzez interfejs komputera. Ubolewać należy nad tym, iż faktu tego nie odnotowało żadne źródło, a sam program zaginął w pomroce dziejów. Prawdopodobnie przepadła też wersja gry Barbarian, w której dla żartu umieściłem napis: „Conan na kanikułach”, choć dystrybuowana była w całej Polsce. Taki już los nietrwałych taśm magnetofonowych…

Ogólnopolska wypożyczalnia gier

Krzysztof Kałdus, klubowy instruktor, około roku 1987 poznał nas ze swoim kolegą po fachu Januszem Mrozem, informatykiem i wielkim miłośnikiem gier, który szybko przechrzczony został w klubie na Dziadka Mroza, bowiem nazwisko idealnie pasowało do brody i długich włosów na hippisowską modłę. Mróz zachwycił nas wszystkich niezwykle szczegółowymi mapami do gier, jakie tworzył rapidografem na ogromnych arkuszach papieru milimetrowego. Jeśli przetrwały do dziś, powinny zostać odkupione i trafić do muzeum.

Kasety Ramtop na łamach portalu aukcyjnego

Janusz, zarzucany przez nas grami, jakie Adrian sprowadzał z Warszawy, postanowił otworzyć… korespondencyjną wypożyczalnię gier, jakkolwiek abstrakcyjnie to dzisiaj brzmi! Tak powstał Ramtop, polski praszczur Steama – firma, która rozsyłała na terenie całego kraju kasety magnetofonowe z grami. Dzięki temu właśnie „Conan na kanikułach” trafił do szerokiego odbiorcy. Z czasem forma wypożyczania stała się uciążliwa z uwagi na stale niedotrzymywane terminy zwrotu, a że kasety magnetofonowe stały się bardziej dostępne, Ramtop wprowadził ich sprzedaż. Być może ktoś z Was ma jeszcze w domowym archiwum choć jeden egzemplarz?

Miedziowa giełda

Rok po założeniu klubu wpadłem na pomysł stworzenia lokalnej giełdy komputerowej. Inauguracja odbyła się pod chmurką na wewnętrznym podwórzu domu kultury, a stawiły się na nią tłumy mieszkańców. Komputery wciąż były novum, a nasi koledzy z podwórka wiedzieli o nich zazwyczaj tyle, że służą do grania w szachy. Sama giełda przetrwała do 1989 roku, kiedy to ZX Spectrum był już na niej gościem rzadkim, zdominowanym zresztą przez wszechobecną Amigę 500. Klub z kolei zmienił swe oblicze, gdy opanowała nas wideomania. Dwa razy w tygodniu spotykaliśmy się, by oglądać nowości na VHS, a kiedy w nasze ręce trafiła kamera, z marszu nakręciliśmy własną parodię „Gwiezdnych Wojen”. Kto grał w niej Dartha Vadera? Oczywiście Chmielarz…

Wraz z transformacją systemową w Polsce zakończyła się lubińska przygoda z komputerem Sinclaira. Klub i giełda odeszły w zapomnienie, Adrian z czasem wyprowadził się do Wrocławia, a potem do Warszawy, gdzie działał już jako współwłaściciel Metropolis Software House.

To nie screen z nowego Stalkera ani zapomniania planeta z Bulletstorma, lecz piękne okoliczności przyrody w dolnośląskim Lubinie. W takim „postapo” rodziły się tam w latach osiemdziesiątych pierwsze 8-bitowe miłości…

Nazwiecie mnie sentymentalnym głupcem, zawsze jednak będę twierdził, iż klub ukształtował nas bardziej, niż chcemy się do tego przyznać. Ja na pewien czas związałem się z hiszpańską grupą Helmantika, by pracować na remakiem gry Head over Heels, która była jednym z największych przebojów na ZX Spectrum. Adrian tymczasem wydał na PC RoboRumble (znane również jako Reflux) – produkcję stanowiącą echo spectrumowego Nether Earth.

Nigdy też nie zapomnę Dariusza Milki, Krzysztofa Kałdusa i Janusza Mroza, którzy zawsze nas wspierali, a którym dedykuję niniejszy artykuł. I choć dziś ZX Spectrum odłożyliśmy na półkę sentymentów, przygoda z grami trwa nadal, a najlepiej chyba opisać ją może ostatni odcinek Kalvina i Hobbesa. „It’s a magical world, Hobbes, ol’ buddy… Let’s go exploring!”

Pamięci Janusza Mroza

Artykuł ukazał się w Pixelu #26, którego nakład został już wyczerpany. Zapraszamy jednak do sklepu Pixela po inne wydania magazynu w druku oraz po cyfrowe wersje.