Kurt Vonnegut milczał przez dwie dekady zanim zabrał głos. Jak mantrę powtarza na kartach swojego fabularnego, zabarwionego elementami sci-fi, dokumentu: „zdarza się”. Ten powracający na kartach  komiksu leitmotif brzmi w głowie jak niepokojący refren. Co było, wydarzy się, co ma być… i tak będzie.

Ryan North i Albert Monteys podjęli się trudnego dzieła. Zamknięcia na kartach powieści rysunkowej bardzo osobistego dzieła Vonneguta, który pod pretekstem nieliniowej opowieści wpuszcza nas do świata własnych, milczących przemyśleń.

Rzeźnia numer pięć, czyli krucjata dziecięca przełożona na język słów i obrazów zaczyna się jak sztuka teatralna – od przedstawienia bohaterów Billy’ego Pilgrima, który wypadł z czasu (alter Ego Kurta) oraz postaci drugoplanowych – „towarzyszy” broni, żon, kochanek, nazistów i innych kosmitów (umiejętnie przedstawianych w komiksie, w formie trzykadrowych opowieści). Już ta galeria postaci podpowiada, że tytułowa Rzeźnia jednak nie będzie horrorem, a jeśli już to horrorem w zupełnie innej warstwie. Zacytowana na wstępie wypowiedź Kurta Vonneguta powinna jednak dostatecznie przygotować czytelnika, na to, co czeka go po wkroczeniu w świat zakłóconej linii czasu.

Billy Pilgrim, którego losy będziemy śledzić na kartach komiksu zachowuje się jak pozbawione woli ciało armatnie – to chuderlak wyraźnie podróżujący po ogarniętej wojną Europie jak bezwolne cielę – po prostu podążający ścieżką wyznaczoną przez los. Nie jest to jednak bezbarwna i całkowicie wycofana postać, bo każdy przeskok w czasie dowodzi, iż Billy jest po prostu w niewłaściwym miejscu, bo gdy wraca z uśmiechem na twarzy do właściwej linii czasu – jeszcze bardziej jego zadowolenie kontrastuje z otoczeniem. Te drobne reakcje na wydarzenia z różnych czasów, przenoszone na tło wojennej zawieruchy to jedyne elementy dowodzące, że Billy nie jest całkowicie martwy w środku.

Billy milczy, ale swym milczeniem i zachowaniem bezlitośnie relacjonuje wydarzenia wojenne. Najdziwniejsze w tej historii jest zaskakujące zaprzeczenie przysłowiu łacińskiemu „Si vis pacem, para bellum”, uproszczona parafraza słów Wergiliusza: „Igitur quī dēsīderat pācem, præparet bellum”. Billy Pilgrim nie jest gotowy na wojnę, to postać lubująca się w leniwym przeżywaniu wolności, niemal niezdolna do jakiejkolwiek przemocy. Czego w tej opowieści nie ma, od amerykańskiego nazisty, po Jezusa Chrystusa i króliczki z rozkładówki. W pewnym momencie oczywiście dotrzemy do tytułowego miejsca i zaznamy tego, co tak długo w swoich myślach obracał Kurt Voennegut – wydarzeń wojennych z Drezna, które pokazały drugi wymiar wojny. Wojny, w której nie ma zwycięzców, są tylko przegrani.

Zakłócona linia czasu układa się nam we niepoukładane wspomnienia. Obcy są bardziej ludzcy od ludzi, a ich eksperymenty… akceptowalne i znośne, w odniesieniu do ludzkiej podłości. Billy śni w tym dziwnym świecie kojący sen i otwiera dla nas tylko jedną, małą furtkę, za którą jest nadzeja.

Podsumowanie: Rzeźnia numer pięć to opowieść o cierpieniu. Niewysłowionym i niemieszczącym się w formie zdatnej do przekazania słowem lub obrazem. Historia, która zostaje w pamięci, tam mocno przemawiająca dziś. Zakończenie ujęte w kadrach rysunków też odciśnie ślad w Waszych myślach. Bo tam gdzie jest wojna, zawsze jest cierpienie, nic więcej. Nie ma zwycięzców, nie ma zwyciężonych. Jest tylko groza. Zdarza się.

Gatunek: fabularyzowany dokument historyczny z elementami SF

Scenariusz: Kurt Vonnegut, Ryan North

Rysunki: Albert Monteys

Wydawca: Egmont / Klub Świata komiksu

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Liczna stron: 192 strony

Format: album w twardej oprawie, 170×260 cm

Cena: 79,99 zł

Podsumowanie: Koniecznie czytać!

[Przeczytane na jeden dzień przed wojną.]