Czy to możliwe, aby tak skrajny tytuł był jednocześnie trafnym, dobrze oddającym trzewia opiniowanego albumu? Co wspólnego ma strzelanie w twarz z romantyzmem, niejako wygrywanym w akompaniamencie błagań o litość? Co wspólnego mają brutalne morderstwa z paradoksalnie pozytywnie kojarzącą się postacią?

Czy Punisher zachował magnetyzm, którym emanował w latach 90.? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w niniejszym tekście. Wnioski, jakie będą płynąć z odpowiedzi zadecydują czy rzeczony komiks zakupisz.

Czy to możliwe, aby album był brutalny i wrażliwy jednocześnie?

Jak najbardziej. Chociaż pozornie wydaje się to być cechami wzajemnie wykluczającymi się, kiedy wczytasz się w przygody Franka Castle szybko dostrzeżesz pełen wachlarz narracji i pomysłów na prowadzenie fabuły. W dużej mierze dzieje się tak dlatego, że Punisher Marvel Knights: tom 2 nie stroni od kreślenia psychologicznej strony postaci; nie rozmienia jej na drobne, nie omija zagadnienia ale w interesujący sposób pozostawia odbiorcę z celowym niedopowiedzeniem. To po części zasługa Ennisa i Dillona – duetu, który potrafi spod wierzchniej warstwy wywlec wrażliwe oblicze zdesperowanego herosa. „Czy zachowałbym się w tej sytuacji podobnie?”, „Czy moja postawa usprawiedliwia odwet za wyrządzone krzywdy?”, „Czy miałbym odwagę zabić człowieka, nawet jeśli to zimnej krwi morderca?” – właśnie z takimi rozterkami mierzy się czytelnik, obcując z recenzowanym albumem. Bo jak pewnie się domyślasz, Punisherowi obce podobne refleksje…

Co wspólnego mają brutalne morderstwa z postacią Franka?

Jeśli jesteś osobą, która nie wychowała się na kanwie komiksów, a netfliksowe adaptacje traktujesz sikiem koszącym, powinieneś mieć świadomość, co stoi za motywami działania weterana z Wietnamu. To zemsta za przypadkowe zabicie całej jego rodziny podczas niefortunnego pikniku w parku. I chociaż Castle dług odebrał przynajmniej ze stukrotną nawiązką, obietnica wymordowania wszystkich szumowin wciąż pozostaje w mocy, będąc przez Punishera konsekwentnie realizowaną od jego pierwszego pojawienia się na łamach historii obrazkowych, co miało miejsce w 1974 roku.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ jest to holistyczna odpowiedź na pytanie zawarte w śródtytule. Biorąc jednak pod uwagę jedynie recenzowany komiks, można z pełną odpowiedzialnością za słowa przyjąć, że Castle powrócił w naprawdę mrocznym i bezlitosnym wydaniu – łupie czaszki, kąpie się we krwi, cieszy na myśl dokonania zbiorowego mordu, ale również bawi się w dentystę [swoją drogą, perspektywa narysowania tej historii, co ilustruje poniższy kadr, jest naprawdę wyjątkowa i rzadko widywana. Stanowi też dowód formalno-narracyjnej zabawy – przyp. red.], rozwiązując przy okazji kilka gangsterskich porachunków. Ten wspomniany powrót Punisher zaliczył w niezależnych od siebie historiach, które spajają się nie tylko w motywie przewodnim, ale przede wszystkim w postaci zbiorczego albumu Punisher Marvel Knights: tom 2, przeznaczonego wyłącznie dla dojrzałego odbiorcy.

Czy Punisher zachował magnetyzm, którym emanował w latach 90.?

Trudno jednoznacznie stwierdzić. Ten wspomniany wyżej magnetyzm był wypadkową druku na papierze toaletowym, średnią dostępnością tytułu i pierwszych szkiców Whilce’a Portacio. Obecnie głównym scenarzystą jest Garth Ennis, a za ilustracje odpowiadają Steve Dillon, Joe Quesada oraz Tom Mandrake. Co więcej pomięty szarobury papier został zastąpiony pięknie wydanym albumem z czarną obwolutą wokół głównego zdjęcia okładkowego, zaś z dostępnością nie powinieneś mieć żadnych kłopotów, ot chociażby – klikając ten link. Co nie zmienia faktu, że pokracznie przyświecające mu ideały, postura oraz umiejętności na polu walki to cechy, których niejeden rosły fan komiksów mógłby pozazdrościć. Czy Punisher zachował magnetyzm, którym emanował w latach 90.? Tak, ale ten ewoluował, momentami odpowiednio eskalując.

Podsumowanie: Każda z powyższych odpowiedzi powinna na swój sposób ukontentować fana nie tylko tej postaci, ale szeroko rozumianego, brutalnego komiksu dla dorosłych. Ten album to zbitek opowieści z minimalnym progiem wejścia, co stanowi całkiem dobrą próbę dla osoby, która wcześniej nie napotkała na swojej drodze Franka Castle. Polecam zatem… spróbować. Czy rozkochasz się w tej postaci i z czystym sumieniem będziesz inwestował w kolejne serie z jego udziałem? Na to jedno pytanie nie udzielę odpowiedzi.

Gatunek: amerykański komiks superbohaterski

Scenariusz: Garth Ennis

Rysunki: Steve Dillon, Joe Quesada, Tom Mandrake

Tłumaczenie: Marek Starosta

Wydawca: Egmont / Klub Świata Komiksu

Liczba stron: 428

Format: twarda oprawa, 170×260 mm

Cena okładkowa: 119,99 zł

Ocena: Polecamy