Tekst ten proponuję zacząć nietypowo, od uporządkowania faktów. Bowiem wokół komiksu Jeffa Lemire’a już na starcie zaczynają się piętrzyć pewne wątpliwości.

Recenzowany album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w Sweet Tooth: The Return #1-6. To pełna zawartość zbiorczego wydania Sweet Tooth: Return wydanego w 2021 roku. Jest jednocześnie równo połową Sweet Tooth Deluxe Edition Book One, czyli wydania, na bazie którego polski czytelnik poznawał przygody Gusa w albumie Łasuch – Tom pierwszy, zawierającego dwanaście początkowych numerów serii, wydawanej oryginalnie przez imprint Vertigo w latach 2009-2013. Warto również w tym miejscu wspomnieć o netfliksowej adaptacji Łasucha, będącego wierną adaptacją komiksu, jednak opierającą się o powyżej wspomniane wydania zbiorcze jedynie w warstwie fabularnej. Oczywiście w niniejszej recenzji nie zamieszczę odniesień do serialu, aby dodatkowo nie konfudować czytelnika.

O czym zatem opowiada komiks, który zyskał popularność na tyle dużą, że streamingowy gigant podjął się ekranizacji fabuły, zdejmując ciężar scenariusza z kartek papieru, przerzucając go tym samym na kliszę? W największym skrócie przedstawia historię dziewięcioletniego chłopca-jelenia, który z niewyjaśnionych przyczyn budzi się w dziwacznym świecie, gdzie ostatni ludzie walczą o przetrwanie. Wszyscy wokół wmawiają mu, że jest z dawna wyczekiwanym wybrańcem, który pomoże im uwolnić się od hybryd-ciemiężycieli. Oczywiście wraz z kolejnymi dymkami historia nabiera rumieńców; niewiele z pierwotnie poznanego zalążka skryptu okazuje się być prawdą, a nieco przeinaczone fakty i indoktrynacja, której od lat Gus jest poddawany przełożą się na próbę poznania rzeczywistości. Czy udaną? O tym przekonasz się nabywając rzeczony album.

A jednak z tym wychwalanym i docenianym przez wielu albumem mam pewien problem. Podobnie jak z piosenką odgrywaną na gitarze, która wraz z pierwszym przesłuchaniem brzmi oryginalnie, ale im lepiej poznasz akordy i wsłuchasz się w takt wywnioskujesz, że to doskonale znany, choć minimalnie zmodyfikowany układ, wielokrotnie wcześniej wykorzystywany. Podobnie jest w tym przypadku. Komiksowa brać przerabiała genialnego Szninkiela, który również miał zbawić ludzkość, a który nie rozumiał ani powagi sytuacji, ani swojej roli w precyzyjnie utkanym planie. Antropomorficzność postaci również nie jest niczym nowym, chociaż struktura świata przedstawionego inspiruje swoją niecodziennością. W końcu sam motyw amnezji jest wyświechtany na tysiąc sposobów, a i sami nawiedzeni religijni przywódcy pojawiali się na kartach różnorodnych komiksów niejednokrotnie. Społeczne nieakceptowanie z powodu wyglądu? Profesor X mówi nam o tym od lat! Jak zatem widzisz, Łasuch to takie novum jak piosenka Dominica Fike’a z serialu Euphoria. Niby wpada w ucho, ale jakby się przysłuchać to w sumie Michael Bublé, tylko inaczej podany.

Powyższy akapit nie kłóci się jednak z zasadą, że jeśli czerpać wzorce to od najlepszych. Bo miksem tych wzorców jest właśnie Łasuch. Na sam koniec jednak zaciekawia, czytelnik niespecjalnie chce odstawić go na półkę po zakończeniu rozdziału, a rysunki Lemire’a mają pełne prawo się podobać. Tylko z tyłu głowy dźwięczy mi ten niewykorzystany potencjał. Bo skoro już pojawia się postać Elliota, to czemu zabrakło nawiązań do fantastycznego Elephant Mana? Czemu nie bawimy się słowem, obrazem i niedosłownością? Dlaczego zakończenie komiksu jest tak bardzo przewidywalne? Niby kanadyjski twórca wszczepił tutaj postapokaliptyczną Amerykę, punktuje łatwowierność wyznawców fałszywych bożków czy delikatnie nawiązuje do motywu drogi, ale powyższe dostrzegą tylko najbardziej wytrwali. Cała reszta komiks przekartkuje, przeczyta, zapomni. I chociaż próbuję wskazać, że to błąd, a sam album zyskuje przy drugim przeczytaniu, tak nie do końca dysponuję argumentami, które pozwolą mi Cię przekonać do ponownej lektury.

Jeff Lemire otrzymał za Łasucha Nagrodę Schustera. Jest zdobywcą wielu prestiżowych nagród, rysownikiem i scenarzystą. I nie mam prawa ani podważać dokonań artysty, ani porównywać go z kimkolwiek. Jednak jako recenzent mam prawo wydać werdykt, który brzmi „można”. Bo być może będziesz się dobrze bawił czytając kolejny raz przygody Gusa. Być może jednak od dobrego komiksu oczekujesz więcej ponieważ chcesz otrzymać dzieło kompletne i nieprzewidywalne. W końcu jako fan komiksu nie powinieneś nie znać tej postaci, która jak wiesz zatoczyła niezwykle szerokie koło w popkulturowej świadomości odbiorcy. Sam jednak komiks to w moim subiektywnym odczuciu możliwie najlepszy reprezentant klasy średniej, zamieszania wokół którego nie rozumiem. Ale też rzadko kiedy zgadzam się z krytykami, wybacz.

Podsumowanie: Recenzja komiksu Łasuch: Powrót nie emanuje ani optymistycznym, ani pesymistycznym wydźwiękiem. Bo i sam album zawiera w sobie tak samo wiele wad, jak i zalet. Kreska nie przemawia do mnie, ale nie irytuje; dynamika kadrów momentami majaczy na horyzoncie, ale żeby się nimi zachwycać… I sam główny bohater jest mocno nijaki, z jednej strony próbując zrozumieć zastałą sytuację, z drugiej walcząc z ciężarem oczekiwań innych. Taki właśnie jest recenzowany komiks – ani dobry, ani zły, ale owiany niezrozumiałą dla mnie łuną legendy. Jednak nie zapoznać się z nim zwyczajnie nie wypada.

Gatunek: obyczajowy

Scenariusz: Jeff Lemire

Rysunki: Jeff Lemire

Tłumaczenie: Paulina Braiter

Wydawca: Egmont / Klub Świata Komiksu

Liczba stron: 152

Format: twarda oprawa, 170×260 mm

Cena okładkowa: 69,99 zł

Ocena: Można