Czy w kontekście tego, że główny bohater komiksu jest niewidomy, tytuł tej recenzji brzmi prześmiewczo? Absolutnie nie! Czy takowy jest potrzebny, aby odpowiedzieć na pytanie, czy warto kupić recenzowany album? Absolutnie tak!

Bo widzisz, sytuacja wygląda tak. Tych daredevilowych runów już trochę w Polsce było. Były pocięte, chronologicznie nijak ułożone, a tytuły które wychodziły w pomilenijnych dziesięcioleciach, w oryginale debiutowały w latach 90. XX wieku. Nie ujmuje to wydawcom, ale wprowadza niepotrzebny szum w odbiorze tej nietuzinkowej postaci, którą w Polsce na piedestał wyniósł TM-Semic absolutnie przecudownym albumem The Man Without Fear Franka Millera [chociaż sama postać Matta zaliczyła debiut w zeszytówce Elektra, wydanej w 1983 roku w naszym kraju przez As Editor – przyp. red]. Także drobny reset na tym polu był wskazany.

Album ten otwiera nowy rozdział w przygodach Daredevila. I chociaż te są bezpośrednią kontynuacją wydarzeń mających miejsce w Daredevil. Frank Miller #1–4 oraz Daredevil: Nieustraszony #0–7, tak bez większych problemów można go konsumować jako w pełni niezależny byt. Co zresztą polecam, ponieważ opisywany komiks nie tylko egzystuje jako niezależne medium, ale również jako lekki w odbiorze utworek. Taki, który dostarcza rozrywki; który nie męczy, nie jest przeładowany odnośnikami do innych serii, trzyma stabilny chociaż niespecjalnie wysoki poziom. Co jednak istotne, nie razi przeciętnością. Jest to zasługą dobrze rozpisanego skryptu i samego pisarskiego obycia Marka Waida. Współpracując przy takich seriach jak X-Men i Avengers nabył kapkę wykwitności przy wypełnianiu dialogowych chmur, a tutaj na tyle umiejętnie poprowadził scenariusz, że – co jest cholerną zaletą komiksu – ten nie trąci myszką.

Najczęściej bowiem za kolorowym trykotem idzie w parze przeciętność. Ten im bardziej kolorowy, tym wypowiadane kwestie są analogicznie głupsze, nijak nie przystające do targetu 35+, co męczy i często kończy się odłożeniem zeszytu na półkę. A tymczasem w Daredevil: tom 1, nie brakuje wyskakującego z dupy i nie wiadomo w sumie po co Kapitana Ameryki, a komiks chce się czytać dalej. Nie brakuje Hydry, członków tajnych stowarzyszeń czy tam innych Czarnych Kotek, a ja w zaciekawieniem kartkowałem album dalej. To naprawdę nie zdarza się często, więc warto podkreślić ten niby niewiele znaczący ale jednak mający wpływ na dojrzałego odbiorcę detal. Komiks ocieka głupotką ale nie jest to równoznaczne z jego natychmiastowym odstawieniem.

W samym komiksie Diabeł z Manhattanu stawia czoła wyimaginowanym postaciom z przerostem ego, przekupionym prawnikom / mafii (nieco lepiej) oraz własnym słabościom (wreszcie!). Chociaż ostatnia z konfrontacji raczej nie przebija się na pierwszy plan. Postać Matta Murdocka została rozpisana jako radząca sobie z kalectwem, akceptująca je i doskonale stawiająca czoła przeciwnościom losu, co w tym konkretnym przypadku jest równoznaczne z umiejętnością wsłuchania się w puls osoby kłamiącej, w rytm serca osoby przestraszonej, w dochodzące zewsząd, pozornie bez żadnego ładu dźwięki i wyłapywanie spośród nich najbardziej istotnych. Co równie ważne, tego skryptu niewidomej postaci nie przykrywają rysunki Martina, Riviery czy Riosa. Są doskonałym uzupełnieniem powyższego, nie walcząc pomiędzy sobą o pierwszy plan. Jak w komiksie, który wie, że świata nie podbije, co nie przeszkadza mu być jednocześnie przyjemną formą rozrywki skierowaną do szerszego grona odbiorców.

Podsumowanie: Daredevil Waida to komiks przeznaczony dla każdego miłośnika przygód Matta Murdocka. Czy stracisz cokolwiek odbierając główną postać jako człowieka budzącego sympatię i rozsiewającego wokół hurraoptymizm? Śmiem wątpić. Ja na Twoim miejscu bym zaryzykował.

Gatunek: amerykański komiks superbohaterski

Scenariusz: Mark Waid

Rysunki: Khoi Pham, Marcos Martin, Paolo Rivera, Kano, Emma Rios

Tłumaczenie: Zofia Sawicka

Wydawca: Egmont / Klub Świata Komiksu

Liczba stron: 288

Format: twarda oprawa, 170×260 mm

Cena okładkowa: 129,99 zł

Ocena: Można