Gdyby spróbować zamknąć w kapsułce komiksową rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, na rynku prawdopodobnie zabrakłoby miejsca na inne dokonania.

Dziedzictwo TM-Semic liczy niemal tysiąc komiksów, włączając w nie sagi, które na zawsze odmieniły postrzeganie losów poszczególnych bohaterów (Torment McFarlane’a czy Dark Phoenix Saga Byrne’a) i umocniły w świadomości odbiorców pozycję giganta minionej epoki. To pewnie dlatego po latach tak bliskie wydają się nam również inne, niewspomniane wyżej wspaniałe historie, takie jak Knightfall, który w 1995 roku rozwalił mnie na czynniki pierwsze. Była to bowiem jedna z nielicznych opowieści ukazujących obrońcę Gotham jako wycieńczonego, pozbawionego wszelkiej nadziei, złamanego psychicznie i fizycznie człowieka. Nie dziwaka w uszatej pelerynie.

Po latach Egmont nie tylko wznowił jedną z najważniejszych kanonicznych legend o Mrocznym Rycerzu. Ale przede wszystkim nie zrobił jej krzywdy, uzupełniając ją o dodatkowe historie poboczne, dzięki czemu uniknięto dziury fabularnej dotyczącej pary bohaterów drugoplanowych – Azraela i Robina. Zyskano tym samym pełnię sagi, której zabrakło na polskim przedmilenijnym rynku w formie zamkniętego albumu. Bo owszem, w poszatkowanej wersji mieliśmy okazję poznać historię Jean Paula Valleya oraz sprawdzić jak Bruce radzi sobie z uzależnieniem od narkotyków. Tyle, że nikt nie łączył ich z preludium do Upadku Rycerza. Istniały jako historie poboczne, obrazujące losy podatnego na wpływ czynników zewnętrznych Batmana. Tymczasem Dom Pomysłów skleił wszystko w spójną, charakterną całość, emanującą magnetyzmem, jaki pamięta się za dzieciaka. I dołożył sporo z brakującej układanki, która po blisko 30 latach jawi się wreszcie jako kompletna.

Recenzowany prolog, mający bagatela blisko 700 stron, to pierwszy tom z zaplanowanego cyklu, w którym poznajemy genezę Bane’a i Azraela. Postaci absolutnie kluczowych i mających odegrać niebagatelną rolę w układance, jaką serwują nam scenarzyści – Dennis O’Neil, Chuck Dixon, Doug Moench, oraz rysownicy – Tom Grindberg, Graham Nolan [freelancersko pracował z Gygaxem przy Dungeon & Dragons – przyp. red.], ikoniczny wręcz Joe Quesada oraz Jim Aparo. Postaci, których poznanie okazuje się być kluczem do zrozumienia motywów ich dalszych działań nie tylko w obrębie sagi Knightfall, ale również jej kontynuacji. To dzięki Egmontowi możemy poznać dzieciństwo Bane’a, zakładając, że ten termin może w ogóle oddawać gehennę, jaką przeżył za młodu. Możemy dowiedzieć się, w jaki sposób kształtował się finalny skład jego szajki; w końcu zrozumieć za co nienawidzi Batmana i czemu w ogóle obrał go sobie za cel. Bo już realizację chorego przedsięwzięcia pamiętamy wszyscy. Ale dopiero dzięki wznowieniu tej sagi jasne stają się motywy działania jednego z najważniejszych antagonistów Mrocznego Rycerza.

A skoro o wznowieniu mowa… Ta kobyła waży naprawdę sporo, kosztuje jeszcze więcej, ale wygląda na półce rewelacyjnie, z miejsca nie tylko przyciągając wzrok, ale również ten trudny to zdefiniowania zalążek zainteresowania wydaniem. Twarda obwoluta, szkice koncepcyjne – to wszystko jedynie dopełnia obrazu wspaniałej oprawy, naprawdę godnej naśladowania przez inne komiksowe wydawnictwa. Recenzowany album zawiera materiały opublikowane w Batman: The Sword of Azrael #1–4 (wiadomo), Batman Legends of the Dark Knight #16–20 (Batman: Venom), Batman: Vengeance of Bane #1, Batman #484–491 i Legends of The Dark Knight Annual #2, aby płynnie przejść do ostatnich czterech numerów Detective Comics #654–658, z historią o War Dogs i debiutem Michael Netzera. Cholera, i to jakim debiutem!

Recenzując ostatnio Batman: Imposter pisałem o brudnych szkicach, o spowitych mgłą dojrzałego komiksu postaciach. W przypadku Batman Knightfall pójdę o krok dalej – chociaż mniej sugestywnie przedstawione, takie właśnie ujęcie batmanich problemów stanowi o dojrzałości i ponadczasowości tej postaci. Nie brakuje tutaj kadrów przystrojonych krwią, moknących w ciężkim deszczu, ubłoconych, pozbawionych nadziei czy podkreślających słabości głównego bohatera. Takie ujęcie nigdy wcześniej nie było dojrzalsze, bo i my wszyscy byliśmy wówczas dziećmi. Dlatego tak bardzo powinniśmy docenić to wznowienie, ponieważ nie tylko poznamy je w pełni, ale również w pełni je zrozumiemy.

Podsumowanie: Preludium do Batman: Knightfall to lektura absolutnie obowiązkowa dla całego pokolenia TM-Semic, czyli daleko nie przymierzając – dla wszystkich czytelników Pixelposta. Nostalgia pomieszana ze szkicami Quesady, słynny kadr obrazujący Bruce’a po minionych objawach zespołu abstynencyjnego.. Tego nie da się wymazać z pamięci! Nie pozostaje nic innego jak z pełną odpowiedzialnością za słowa polecić kupno rzeczonego komiksu, który chociaż nie jest tani zwróci się przynajmniej w dwójnasób.

Gatunek: amerykański komiks superbohaterski

Scenariusz: Dennis O’Neil, Chuck Dixon, Doug Moench

Rysunki: Tom Grindberg, Graham Nolan, Joe Quesada, Jim Aparo, Michael Netzer i inni

Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz

Wydawca: Egmont / Klub Świata Komiksu

Liczba stron: 684

Format: twarda oprawa, 170×260 mm

Cena okładkowa: 199,99 zł

Ocena: Koniecznie czytać!