Left 4 Dead

Nie ma się co oszukiwać – jeśli jakieś studio deweloperskie potrafi naprawdę robić sieciowe FPSy, tym studiem jest Valve. Moim zdaniem (uwaga, kontrowersja!) Team Fortress 2 zmiótł w 2007 roku Call of Duty 4 swoim zróżnicowanym gameplay’em, szybką i efektowną rozgrywką oraz daniem wyboru pomiędzy współpracą w drużynie a grą bardziej „na samotnego wilka”.

Ci ludzie po prostu mają talent – Counter-Strike to prawdopodobnie najpopularniejsza sieciowa strzelawa w historii. Dość wspomnieć, że najwięksi fanatycy do dzisiaj grają w nią na przeróżnych zjazdach zwanych potocznie „turniejami”.

Przejdźmy jednak do sedna, czyli najnowszej gry Zaworu. Mieliśmy już antyterrorystów, mieliśmy groteskowych żołnierzy w komiksowym stylu, pora na niezłą rozpierduchę w mieście pełnym ZOMBIE!

Fabuła nie zawsze kolokuje się z „ważna”, a już szczególnie w tym przypadku. Mamy więc tych kilku Ocalałych, czyli Billa (weteran z Wietnamu, dziad), Luisa (sprawia, że gra nie jest rasistowska), Francisa (harley’owiec) i obowiązkową laseczkę – Zoey. Studentkę najprawdopodobniej. Gdzie się nauczyła strzelać? Cholera wie – dziadyga to żołnierz, Luis mógł się wychować w Harlemie, Francis pewnie do gangu należy, ale zwykła uczennica? Zresztą, takie kwestie nie są ważne – liczy się to, ze ładnie wygląda i rozwala zombie.

Nasze Fantastic Four wystąpi bowiem w czterech różnych filmach klasy Ż, każdy poświęcony oczywiście masowemu ubojowi żywych trupów.

Każdy jednak chciałby wiedzieć, o co tu biega, kto zacz i tym podobne. Złe wieści – odpowiedzi na te pytania w L4D nie znajdziecie. Setting opowieści jest tak minimalny jak tylko się dało. Tym co z kolei nie umknie waszej uwadze (chyba, że zgubicie swoje soczewki +666), będą hordy, prawdziwie gigantyczne tłumy żywych nieżywych. W jakim stylu je rozwalimy? Ano w takim, o jakim wspomniałem na początku – gra to prosty (w założeniach) do bólu Shooter z Perspektywy Pierwszej Osoby, z wieloma naleciałościami przedstawicieli tego gatunku sprzed kilku lat, ale także paroma nowymi, świetnie się sprawdzającymi ulepszeniami.

Tytuł, o którym właśnie myślisz (chyba, że totalnie olewasz mój tekst), jest bodajże pierwszym sieciowym FPSem z takim nastawieniem na rozgrywkę w kooperacji. Nie dość, że w trybie dla pojedynczego gracza zawsze towarzyszy nam trójka postaci sterowanych przez komputer, to jeszcze pierwszą opcją, jaką ujrzymy w menu głównym jest – brawo, zgadłeś! – tryb kooperacji. I powiadam wam ja, Kradziej, NIC w Left4Dead nie osiągniesz bez pomocy. Otoczy Cię pierwsza Horda lub też przeliże jakiś zabłąkany Smoker i tyle miałeś rozgrywki.

W ten jakże gustowny sposób (doceńcie starania!) doszliśmy do fragmentu tekstu, w którym omawia się podstawowe mechanizmy rozgrywki. Słowa do zapamiętania na dziś to: „horda”, „specjalny zarażony”, „ratunek” oraz „AI director”.

Głównym celem naszej czwórki bohaterów jest wydostanie się z pewnego obszaru (miasto, miasto, wieś, wieś) zatłoczonego zgniłkami. Do wyboru mamy więc – (uwaga, twarda matematyka) – 4 kampanie, każda z nich podzielona została zaś na kilka części. Żeby ukończyć dany fragment wszyscy pozostali przy życiu Ocaleni musza znaleźć się w tak zwanym Safe Housie. Obowiązkowy w mniemaniu twórców okazał się tez być ostatni etap każdej przygody, w którym przez 10 minut bronimy się (aż do przybycia pomocy – pojazdu do ucieczki) na mniejszym obszarze przed kolejnymi falami zdechlaków. Właśnie te końcówki rozgrywek są najbardziej napakowane akcją, wymagają idealnej współpracy między członkami drużyny (szczególnie na wyższych poziomach trudności) i idealnie pompują adrenalinę prosto do żył. Litrami.

Zaiste świetne jest to uczucie, kiedy razem z naszymi towarzyszami niedoli dzielnie odstrzeliwujesz głowy nadbiegającym zombiakom, leczysz się, dzielisz amunicją i panicznie wrzeszczysz, gdy do ostatniego bastionu wlatuje jakiś specjalny zarażony. Niesamowity jest także moment kulminacyjny, kiedy to przybywa nasza odsiecz, a my ile sił w nogach biegniemy do tego parszywego helikoptera albo łodzi. W takiej chwili zawsze całe niebo wali nam się na głowę – wszyscy kuleją od odniesionych obrażeń, z daleka możemy ujrzeć dwóch szarżujących superzombich, a transport przecież tak blisko!

Właśnie – co nieco o adwersarzach. Jaki jest zombie – każdy wie. Powolny, mówi coś o mózgach i… STOP! Left4Dead zrywa z tymi stereotypami. Umarli odkopani przez Valve potrafią biegać, wspinać się nawet na całkiem wysokie przeszkody i wcale nie gadają o mózgach. Do naszego gara ze zgniłymi ciałami dorzućmy jeszcze zombie specjalne, a koks na ekranach naszych telewizorów/monitorów osiągnie poziom maksymalny. Pięć rodzajów silniejszych przeciwników to: Hunter, Smoker, Boomer, Tank i Witch. Pierwszy gdyby trochę bardziej żył kumplowałby się ze złodziejami komórek z polskich przystanków autobusowych – ot, dresik, z małą ilością punktów życia, za to bardzo szybki i daleko skoczny; potrafi przygnieść Ocalałego i powoli wyżerać z niego życie. Nieżywot Boomera jest zdecydowanie mniej ciekawy – celem egzystencji tego „puszystego” (oddajmy cześć Garfieldowi) jegomościa jest, przedstawmy to prosto, zwymiotowanie na jak największą liczbę „good guys”. Pożywienie cofnięte z żołądka naszego tłustego koleżki przyciąga swoim zapachem (mmmm, yummy!) tłumy przeciętnych wrogów, które szybko otoczą pobrudzonego i sprowadzą go do parteru (jeśli nie otrzyma pomocy od reszty zespołu). Smoker, a.k.a. Palacz, posiada długaśny jęzor, i bardzo lubi smaczne, ludzkie ciałka. Najprawdopodobniej zaczaił się tam, gdzie nikt by się go nie spodziewał, i już zaczyna przyciągać do siebie bezbronne ofiary.

Wiedźma i Czołg natomiast stanowią największe zagrożenie, szczególnie – o zgrozo – w duecie. Przedstawicielka płci pięknej (buehehe) pośród tej plejady mężczyzn jest z pozoru chuda i bezbronna. Siedzi sobie w kącie, płacze. „Strzeż się jednak, o podróżniku przez życie, gdyż jeśli rozwścieczysz ją światłem latarki lub zbytnią natarczywością, marny będzie twój los”, rzekł prorok Kradziej. Wkurzona Witch jest dobrym odpowiednikiem teściowej (po powiedzeniu jej o niewierności męża jej córki). Krew, flaki, upór. No i obok tego nie mniej skuteczny Tank. Jak ksywa wskazuje, więcej tu surowej masy mięśniowej niż mózgu. Za to jakiej masy mięśniowej! Tank potrafi przyjąć prosto na klatę mnóstwo pocisków i rzuca Ocalałymi jak rozpuszczony bachor swoim Power Rangersem. Uważajcie na niego w wysokich miejscach – jeden cios i już lecicie kilkaset metrów w dół.

Nie mogę nie powiedzieć, że Specjalni Zarażeni to podstawa całego gameplay’u L4D. To właśnie oni zmuszają do współpracy – od przytulań Huntera i liźnięć Smokera uwolnić nas mogą jedynie celne strzały towarzysza. Gracz obrzygany przez Boomera przez chwilę mało widzi, a zombiaków naciera na niego od groma – pomoc też by się przydała. O Witch i Tanku już nie ma co mówić – to maszyny do zabijania, których „zsolowanie” to niezły wyczyn. Za to można się poczuć jak Van Helsing.

Postaci? Check. Lokacje? Check. Przeciwnicy? Check. Czegoś brakuje? Jasne – broni. Pukawek wiele nie dostaniemy, zbyt oryginalne one też niestety nie są. Na szczęście w rozwalaniu nadgniłych łbów sprawują się dobrze, więc nie narzekajmy. Na początku misji posiadamy pistolet, a do wyboru jako broń długą mamy pistolet maszynowy lub strzelbę. Z biegiem czasu natrafimy na silniejsze narzędzia mordu – karabin szturmowy, automatyczny shotgun i snajperkę (ale fajnie się zombiakom głowy rozpadają w przybliżeniu!). W kilku miejscach postrzelamy ze stacjonarnego machineguna. Jednak nic nie daje takiej frajdy, jak celny rzut Mołotowem albo pipe-bombką (która wabi do siebie zombich tuż przed wybuchem).

Valve zrezygnowało z tak modnego dzisiaj systemu odnawiających się punktów życia – zamiast tego jesteśmy zmuszeni szukać klasycznych apteczek i pigułek (przywracają życie na jakiś czas). No, chyba, że chcemy raz za razem lądować na podłodze – po kilku takich padach (jeśli nic nie zażyjemy) w spokoju umrzemy.

Warto więc wyglądać tych wszystkich precjozów po kątach. Czy zawsze je znajdziemy? Nie – za zróżnicowanie każdej partyjki odpowiada wspomniany wcześniej przeze mnie AI Director. Ten zmyślny programik pomaga drużynie, jeśli idzie jej gorzej – poprzez wrzucanie na nasza drogę amunicji czy medykamentów. Jeśli sobie radzimy świetnie, nie ma co liczyć na szybkie zdobycie lepszych gunów, prawdopodobnie też częściej będziemy zmuszeni odpierać ataki hordy.
Na pierwszy rzut oka to rozwiązanie brzmi co najwyżej średnio, jednak po pograniu można śmiało stwierdzić, że sprawuje się świetnie. Lokacje zostają takie same w każdym calu, jednak nigdy nie rozegramy dwa razy takiej samej partii – a to Wiedźmę znajdziemy w innym miejscu (lub wcale), a to przez pół kampanii będziemy cierpieli na niedobór pillsów. W połączeniu z czynnikiem ludzkim daje to wiele różnorodnych doświadczeń. Nie musze chyba wspominać, że fajnie jest mieć w drużynie jakiegoś półmózga, co by wszystko zawalał?

Ale, ale: poza trybami co-opowym i singlowym twórcy dostarczyli nam jeszcze jedno doświadczenie – „Versus”. Z pozoru tryb bardzo podobny do zwykłej kooperacji, jednak z „małą” różnicą – rolę specjalnych zarażonych przyjmują inni gracze (w liczbie 4). Mnóstwo taktyk, które mogą uskuteczniać „ci źli” i ogromna ilość nowych wymagań stawianych przed Ocalałymi – to zupełnie zmienia wrażenia płynące z rozgrywki! W versusie wszyscy muszą działać szybciej, nie zastanawiać się, dobrze wybierać broń (lub miejsce do przyczajenia) i ostrożnie zużywać medykamenty oraz środki masowego rażenia.

Niestety, trochę nie dopracowano systemu przydzielania ról graczom wcielającym się w zombie. Teoretycznie jest on losowy (z Tankiem pojawiającym się zazwyczaj tylko przy odpowiednich warunkach), ale np. ja prawie zawsze większość meczu spędzałem w skórze Huntera. Nagminne są tez sytuacje, w których stajemy się Smokerem w zupełnie niekorzystnych dla niego warunkach – zwyczajnie nie ma gdzie się zaczaić z jęzorem. I tak – albo na głupa ruszamy machając bezsensownie łapami albo czekamy dość długo w dogodnej kryjówce (znajdującej się daleko od Ocalałych).

W gruncie rzeczy obydwa te moduły rozgrywki mogę śmiało postawić na równi. Podczas rozgrywki przeciwko AI trudno uniknąć „budowania klimatu” przez własne nieokiełznane ryki, z obowiązkowymi „rzygami”, „dziwkami” i „headshotami” na czele. Pojedynek pozwala zmierzyć swoje siły z innymi graczami, jednak na dość niekonwencjonalnych zasadach. Gra każdym z zarażonych to także zupełnie inne zadanie i styl, więc tryb Versus nie nudzi się łatwo.

Największa wadą Left4Dead są jego technikalnia. Z jednej strony lokacje są klimatyczne, zombie wyglądają świetnie (rozwalane głowy!), a dźwięki to kwintesencja „soczystości”. Ze stronicy drugiej – nasze postaci lewitują. Tak, dziesięć lat minęło od pierwszego Half-Life’a, a my dalej jesteśmy tylko latającymi dłońmi. Nie przeszkadza to w samej rozgrywce, jednak gra ukazała się w tym samym okresie, co Far Cry 2 i – przede wszystkim – Mirror’s Edge, więc nie ma mowy o żadnych ustępstwach. L4D jest zwyczajnie zacofany i mam nadzieję, ze przy następnej grze Valve ruszy do przodu…

Czy poleciłbym Tobie, Czytelniku, omawianą tu pozycję? Zróbmy mały test:

Lubisz zombie?
Czy radochę sprawia ci zabijanie tysięcy nie-istnień na ekranie telewizora/monitora?
Przegrałeś dużo godzin w poprzednie gry Valve’u?
Jeśli na dwa z tych pytań odpowiedziałeś „tak” – bierz śmiało, nie zawiedziesz się.