inFamous

Nie mam bledziuchnego pojęcia, czemu tak się dzieje, ale twórcy najwybitniejszych platformówek na PlayStation 2 przesiadają się w tej generacji na „dojrzalsze” gatunki gier. Najpierw Insomniac z ich Resistance (dobrze, ze nie odpuścili Ratchetowi…), potem Naughty Dog dostarczyło Uncharted (a co z Jakiem? Chlip!).
Teraz przyszła pora na Sucker Punch – ludzi odpowiedzialnych za świetne przygody szopa-złodzieja, Sly’a Coopera. Do czasu.

Kolejny syndrom związany z PlaySation obecnej generacji to wyraźnie pozbawieni „tego czegoś pomiędzy nogami” bohaterowie. Miało ich Resistance, zagościli w Killzone 2. Nadchodzące inFamous nie pozostaje w tyle i dostarcza protagonistę chyba nawet bardziej bezpłciowego niż Nathan Hale i Sev. Powitajmy Cole’a McGratha! Jego podstawowe atrybuty to żółta, obcisła kurteczka i przebiegające po ciele wyładowania elektryczne. Oraz zupełnie beznadziejny wyraz twarzy.

Cole obecnie to pstryczek-elektryczek, ale wcześniej wykonywał zawód kuriera rowerowego (dajcie spokój…). Tak się zdarzyło, że jechał sobie ten nasz chyży rowerzysta z paczusią w plecaku. Ta wybuchła, przy okazji porządnie wyniszczając Empire City. Cole budzi się w szpitalu dwa tygodnie po eksplozji obdarzony, jak to z superbohaterami bywa, nadnaturalnymi mocami pozwalającymi mu na kontrolowanie elektryczności. Fabuła inspiruje się takimi filmami jak Ucieczka z Nowego Jorku – miasto zostało odgrodzone od reszty świata, policja gdzieś zniknęła, ulicami rządzą przeróżne gangi i tajemniczy Reaperzy. A my znajdujemy się w samym środku tego bałaganu i zdecydowanie powinniśmy coś zrobić.

InFamous ma sandboxowy charakter. Bez ograniczeń przemierzamy Empire i wykonujemy zlecane nam zadania. Eksploracja jest porządnie rozbudowana, z naciskiem na wędrówki w górę. Możemy bezproblemowo wdrapać się na zniszczone wieżowce czy kamienice i należy wspomnieć, że wszystkie te budynki prezentują się zacnie. Niektóre przechylone, inne podziurawione, od wielu odpadają ogromne fragmenty betonu i rusztowania. Nie gorzej jest z resztą metropolii. Dominujące kolory to odcienie czerni, wyraźnie widać zniszczenia dokonane przez wybuch i późniejsze walki. W zbudowaniu atmosfery tragedii pomagają także zachowania napotykanych ludzi. Zazwyczaj smętnie przemierzają ulice, czasem jednak zmuszeni zostają do walki o przeżycie i wtedy stawiają czoła atakującym ich wrogom (albo starają się uciec). I tu wkracza Cole ze swoimi mocami.

Zdolności elektryka można wykorzystać na wiele sposobów. Jako, że z broni palnej korzystać się nie da (wybuchłyby naboje), podstawową mocą jest ciskanie wiązkami elektryczności, zarówno małymi kulami, jak i ciągłym strumieniem (ala „spawara” z Kłeja!). W kicaniu po budynkach przyda się krótkie lewitowanie oraz zabezpieczająca przed obrażeniami od upadku z wysokości fala uderzeniowa. Wystarczy zeskoczyć z jakiegoś wyżej ulokowanego miejsca i już siejemy popłoch masywnym uderzeniem o glebę. Oczywiście nic nie przychodzi za darmo. Gość w żółtej kurteczce nie ma nieskończonych pokładów energii i, jeśli chce się bawić jak to tygryski lubią, musi znaleźć coś, co pomogłoby mu się doładować: przewód elektryczny, akumulator w samochodzie, latarnię na ulicy. Nikt nie chciałby wypstrykać się z mocy podczas walki, więc warto raz na jakiś czas użyć lokalizatora źródeł elektryczności (wduszenie analoga), a następnie sobie troszkę possać.

Jak to mawiał wujek Ben „z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność”. Cole posiadł „wielką moc”? Owszem. Czy na jego barkach spoczywa od tego momentu ciężki kamulec z napisem „odpowiedzialność”? Zdecydowanie.

W rogu ekranu cały czas wyświetlony jest wskaźnik pokazujący, którą ścieżką podążamy: zła czy dobra. Jeśli użyjemy wyładowań elektrycznych w celu reanimowania postrzelonego przez nikczemników przechodnia, wskazówka przechyli się w stronę jaśniejszej pierścienia. Oczywiście nad mieszkańcami Empire możemy się też znęcać, smażąc im stópki i zabijając ich ojców. Ważny jest także sposób wykańczania przeciwników. Gracze o sercach ze złota pewnie tylko zepną ich w elektryczne kajdany (a’la Spider-Man!), podczas gdy największe łotry wykończą każdego wroga efektowną, naładowaną elektrycznością fangą w nos.

Takie uczynki lekko tylko zmienią naszą reputację, ważniejsze są tak zwane „Karma Moments”. Mowa o krytycznych sytuacjach, w których zadecydujemy o losach wielu ludzi. Twórcy za przykład podają dwa sposoby rozwiązania problemu bandytów strzegących zapasów żywności. Można zaatakować ich od tyłu i samodzielnie, tym samym będąc pewnym, że postronni przechodnie nie ucierpią w potyczce. Prawdziwego bydlaka jednak zadowoli tylko i wyłącznie szturm od przodu, po podjudzeniu mieszkańców miasta do włączenia się do potyczki. Na koniec zostaje pytanie „co zrobić ze zdobytą żywnością” – możemy ją oddać biednym, albo zachapać wszystko dla siebie.

Jeśli za bardzo oddalimy się w od granicy między dobrem a złem zmieni nam się kolor HUDa, a mijani ludzie spojrzą na nas pod zupełnie innym kątem (oczywiste przywitanie uśmiechami i wiwatami/ucieczka i rzucanie kamieniami). Do tego dochodzą jeszcze umiejętności zarezerwowane dla konkretnego charakteru. Mimo, że różnice są niewielkie, dobrze pozwalają odróżnić prawość od niecności. W czym pomogą jeszcze drobne zmiany w wyglądzie Cole’a.

Gra ma bardzo komiksowy charakter, fabuła została opowiedziana za pomocą rysunkowych cut-scenek przypominających Metal Gear Solid: Digital Graphic Novel czy też Portable Ops. Mam nadzieję, że historia okaże się ciekawa i zachęci mnie do przemierzania Empire City. Problemem inFamous może być monotonia trapiąca praktycznie wszystkie free-roamingowe gry, jednak walka i akrobacje przy użyciu supermocy Cole’a wyglądają bardzo efektownie i dynamicznie, więc może nie wyjdzie to źle.

Póki co trzymam kciuki i czekam do premiery, która odbędzie się już w maju tego roku. Możecie spodziewać się obfitej recenzji. Serdecznie zapraszamy też do naszej galerii z obrazkami z gry!