I Am Alive

Francuski gigant – UbiSoft – zawsze starał się nie iść po najmniejszej linii oporu, co szczególnie widać w obecnej generacji konsol. W 2007 roku otrzymaliśmy Assassin’s Creed, który wprowadził do świata gier fizykę tłumu. 2008 dał nam Prince of Persia, obdarowany artystyczną kreską hołd dla tytułów takich jak ICO czy Shadow of the Colossus. Niedawno firma z Montrealu zapowiedziała kolejny tytuł, mogący nieźle namieszać w branży – I Am Alive.

Adam Collins, typowy pracownik korporacji, ubrany w garnitur i niosący torbę na ramieniu, właśnie zmierzał do pracy, kiedy całe Chicago zostało zniszczone przez ogromne trzęsienie ziemi. Bohater znajdował się blisko epicentrum katastrofy, a mimo to przeżył. Jednak nie stara się uciec z miasta – został w nim, żeby odszukać ukochaną Alice. Nie wie jednak, czy kobieta umarła, czy też uciekła z walącej się metropolii tuż po wstrząsie. A my informacji o fabule I Am Alive posiadamy tylko odrobinę więcej niż protagonista o stanie swej drugiej połówki.

Gra nie wzoruje się na japońskim Disaster Report czy niedawnym Disaster: Day of Crisis. Tamte pozycje rzucały bohaterów z deszczu pod rynnę, a następnie do kabiny prysznicowej w kwestii katastrof naturalnych. Nowa gra UbiSoftu idzie w innym kierunku.

Twórcy ze studia Darkworks podążają śladem gier oraz filmów podobnych do Fallouta i mają zamiar pokazać nam tą mroczniejszą stronę ludzkiej natury. Po tragedii miasto zmieniło się nie do poznania: jeden wieżowiec przewrócił się na bok i opiera się na innym, kolejny wpadł w wielką dziurę w ziemi, z rur wylała się woda, kompletnie zalewając ulice. Niektórzy starają się uciec ze zniszczonych terenów, ale zdarzają się też osobniki wolące wykorzystać sytuację dla swoich niecnych celów, łącząc się w mniejsze grupy i plądrując budynki. Nie baczą przy tym na losy innych.

Dokładnie w takiej sytuacji znalazł się Adam. Na nasze szczęście, mężczyzna nie jest ostatnią osobą o czystym sercu w tym mieście i pomogą mu inni dobroduszni obywatele. Były kapitan straży pożarnej Peter założył obóz dla uchodźców i chce uratować jak najwięcej poszkodowanych, taki sam cel mają były żołnierz Virgil i młoda lekarka Riley.

Właśnie te trzy osoby zlecą nam przeróżne zadania. Schematów zapewne będzie kilka. Koniecznością stanie się przeszukiwanie kolejnych budowli w poszukiwaniu przydatnych przedmiotów, nieraz sprawdzimy plotki o ocalałych. Oby gra nie cierpiała na przypadłość z Assassin’s Creed, gdzie większość misji była kalką poprzednich, co prowadziło do szybkiego znużenia.

Tym, co ma wyróżniać I Am Alive od innych gier action adventure, będą dwie jego cechy. Nietypowa jest perspektywa – pierwszoosobowa, trochę jak w Mirror’s Edge, jednak twórcy obiecują oryginalność i pomysłowość. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Kolejny pomysłowy atrybut to sposób rozprawiania się z przeciwnikami. Broni będzie mało. Teoretycznie w mieście tak dużym jak Chicago amunicji i narzędzi zagłady powinno być jak na pęczki, ale rabusie zdążyli już splądrować większość miejsc. Natrafienie na nabitego gnata graniczy z cudem, więc Adam zostanie zmuszony do myślenia i kombinowania.

Zawsze można wroga tylko postraszyć, mierząc pustą bronią w jego głowę. Nigdy nie będziemy wiedzieć, jak nasz adwersarz zareaguje. A nuż okaże się kompletnym świrem i rzuci się na nas z gołymi pięściami, bądź też samemu sięgnie po broń?

Trailer zawiera scenę, w której Collinsa otoczyli bandyci. Jedynym wyjściem w tej sytuacji było oddanie im trzymanej butelki wody. Jednak zamiast zwyczajnie ją podać, bohater rzucił pojemnik na szklaną podłogę, przykrytą piachem i gruzem – wyglądała jak zwykła posadzka. Nierozważni przeciwnicy skoczyli po zdobycz, co doprowadziło do załamania się szkła. Mamy nadzieję, że takich możliwości będzie dużo i twórcy nie ograniczą się tylko do kilkunastu oskryptowanych zdarzeń.

Nadchodząca pozycja UbiSoftu zapowiada się na bardzo kontrowersyjną. Z jednej strony – obiecanki Darkworks o odmienności, a nawet rewolucji. Jednak gdy bliżej przyjrzymy się sprawie zobaczymy, że wszystko to już było lub niedługo będzie (zniszczone miast z inFamous, kamera jak w Mirror’s Edge). Mimo to, patrząc na dotychczasowe dokonania francuskiego wydawcy w tej generacji (mogę nawet wybaczyć spaczenie Raymana…) możemy dać kredyt zaufania tym ludziom i mocno trzymać kciuki za nadchodzącego potencjalnego killera.

Powody podjarania:
– ciekawa fabuła
– świetne miasto
– wierzymy twórcom