Zarówno wewnątrz książki, jak i pudełka z grą mieści się przygoda. Napisana na maszynie czy kodem przez programistę – na pierwszy rzut oka nie pokazuje, ile ma do zaoferowania, kryjąc się za ciągiem liter i cyfr. Każda z tych przygód zaczyna się od okładki – liczącej się często tak samo, jak zawartość. Rozpalanie wyobraźni to odpowiedzialne zajęcie. Tylko, kto właściwie za tym stoi?

Już od czasów opowiadań o Conanie Barbarzyńcy Roberta E. Howarda, pulpowych okładek magazynu Weird Tales, plakatów klasycznych horrorów i filmów sci-fi, było jasne, że towarzysząca dziełom grafika musi przykuwać wzrok. Stać się kolażem złożonym z przesady, zbiorem wszystkich możliwych sensacyjnych elementów, przekonywać o jakości – często marnej – tego, co promowały.

Ten pomysł podchwyciło Atari. Okładki do Combata i Surround wyznaczyły nową jakość na rynku gier, gdzie opakowanie z przerysowanym obrazkiem nabierało takiej samej wartości, jak to, co było w środku. To wszystko zasługa Cliffa Spohna, człowieka odpowiedzialnego za sprzedaż milionów kolorowych egzemplarzy, opatrzonych jego pracami, rekompensującymi ówczesne niewielkie możliwości graficzne. W ten sposób dzieciaki, zachowując pudełka i wpatrując się w nie godzinami, nawet w ograniczonej liczbie pikseli widziały pojazdy, bronie, statki kosmiczne z ilustracji Spohna.

Gracze mieli się też z kim utożsamić, bo w żadnej z gier nie występowały konkretne postaci – wcielali się więc w pilotów i kierowców wojskowych maszyn widzianych jedynie na okładkach, a podczas rozgrywki – we własnej wyobraźni. Jak wspomina sam grafik, projektując okładkę Combata nie miał pojęcia, jak w rzeczywistości prezentuje się chociaż jedna z 27 gier, które zawierał. Gdy w końcu zobaczył zlepek pikseli gotowego produktu pomyślał: „Czy to w ogóle jest czołg, który namalowałem?”. Pomiędzy 1977 a 1982 rokiem Cliff Spohn zaprojektował dziewięćdziesiąt grafik, w tym sporo uznawanych dziś za kultowe. Za ten bezcenny wkład w rzeczywistości dostawał – jak na potęgę Atari – bezcen.

Los początkujących artystów, niezależnie od zajęcia, jest zazwyczaj podobny. Gdy Spohn dołączył do Atari, był młodym grafikiem pracującym dla Steven Jacobs Design, odpowiedzialnym za dostosowanie grafik zdobiących kartridże do wychodzącego właśnie nowego Atari VCS. Jego pierwszym zleceniem okazała się grafika do wspomnianego już Combata. Nie znaczy to jednak, że taka praca była dla niego czymś nowym. Choć z pojęciem sztuki komercyjnej zetknął się dopiero po studiach artystycznych, samoloty, czołgi, bohaterów i piękne kobiety, które przyniosły mu zarobek, rysował już jako dziecko, szukając inspiracji w tym, co go wtedy otaczało. Nic więc dziwnego, że projektując okładki gier wzorował się właśnie na znanej z książek, komiksów i filmów przesadzie. Szczególnie bliska była mu idea kolażu – połączenia jak największej ilości pozornie niepowiązanych ze sobą, przypadkowych elementów.

Jednym z największych wyzwań okazało się dla artysty zaprojektowanie okładki Video Olympics, która musiała, na stosunkowo małej przestrzeni, pomieścić wiele dyscyplin sportowych. Sam tytuł był też ważny dla samego Atari – wykorzystywał kontrolery umożliwiające rozgrywkę czterem graczom, a także dawał możliwość gry przeciwko sztucznej inteligencji. Żeby jednak dostrzec podczas rozgrywki elementy kortu, piłki czy kostiumy zawodników potrzeba było sporej dawki wyobraźni. Tu z pomocą przyszła okładka Spohna, zrealizowana właśnie jako typowy dla jego stylu kolaż, w którego centrum znalazł się hokeista. Taki styl okazał się najbardziej odpowiadać zleceniodawcy. Z tym, że Spohn dostawał od Atari 200-300 dolarów za okładkę, podczas gdy graficy w innych firmach żądali nawet powyżej tysiąca. Gdy poprosił o podwyżkę – około 600 dolarów, usłyszał, że gigant, zarabiający miliony na grach, które zdobiły jego prace, nie ma na to pieniędzy.

Atari Graphic Design Team – trzeci od lewej Steve Hendrick, pierwszy od prawej – Jim Kelly

Ostatecznie Spohna zastąpiono mniej doświadczonymi, młodymi ilustratorami. Warunek był jeden – utrzymać przyjętą przez niego stylistykę. W książce Game After: A Cultural Study of Video Game Afterlife R. Guinsa pojawia się wypowiedź samego Cliffa, wspominającego telefony z prośbą o wskazówki, od zastępujących go kolegów, próbujących jak najwierniej skopiować styl jego prac. Jednym z nich był Steve Hendricks. Ten sam, który został autorem kultowych okładek na Atari 2600: m.in. Warlords, Defender i przede wszystkim niezapomnianego Haunted House.

Steve zaprzecza, że jego inspiracją były grafiki Cliffa Spohna, chociaż uważa go za ikonę. Jako swojego guru wymienia innego ilustratora pracującego dla Atari, Jima Kelly’ego. Co ciekawe, Kelly oprócz projektowania zapisał się w historii okładek gier w dość wyjątkowy sposób – był modelem do okładek Othello i Night Drivera, które wyszły właśnie spod ołówka Hendricksa.

I choć Night Driver może faktycznie kojarzyć się z Indy 500 projektu Spohna, Steve’owi znacznie bliżej było do Kelly’ego. Panowie mieli okazję pracować w jednym zespole, co uwieczniono na fotografii z 1978 roku – w grupie designerów był wtedy także George Opperman, który zaprojektował słynne logo Atari – przypominające górę Fuji, w założeniu jednak symbolizujące dwóch graczy z Pongiem pomiędzy nimi.

Steve Hendricks miał jeszcze jedną zaletę: przed przystąpieniem do szkicowania okładki, przeprowadzał z twórcami gry szczegółowy wywiad, by poznać ich dokładną wizję, jak i samo dzieło, które jego praca miała promować. To znaczna odmiana od działań Spohna, którego gry nie interesowały praktycznie wcale. Jedyną propozycją Atari, w którą kiedykolwiek zagrał grafik, były wirtualne szachy.

O tym, że na miejsce ilustratora nie potrzeba zatrudniać zapalonego gracza, świadczy też historia Boba Wakelina – człowieka, który był dla Ocean Software, wtedy jeszcze Spectrum Games, tym, czym Spohn i Hendricks dla Atari. Zanim stworzył słynną, komiksową okładkę do Batman: The Caped Crusader, zajmował się między innymi projektowaniem plakatów koncertów rockowych czy graniem w postpunkowej kapeli Modern Eon, a jego pierwszą miłością były właśnie komiksy. Gry nigdy nie zasłużyły na miano drugiej czy nawet dziesiątej miłości Wakelina. Nigdy za nimi nie przepadał, nigdy nie uważał się za gracza – zamiast siedzieć przed ekranem, wolał chodzić do pubów i – oczywiście – rysować. Styl inny, niż komiksowy – ten bardziej pulpowy, bliżej filmów akcji czy książek spod znaku magii i miecza zdarzało mu się również traktować prześmiewczo.

Okładka Gryzora, która posłużyła później także do promowania Contry Konami, była widocznie zainspirowana filmami ze Schwarzeneggerem. Artysta tłumaczył: „Skoro te gry były zrzynką z Obcego i Predatora, stwierdziłem, że okładka również musi taka być” – a przynajmniej takie słowa przytaczano w artykułach po jego śmierci. Robert „Bob” Wakelin zmarł 20 stycznia 2018 roku. Prawdopodobnie aż do tej chwili czuł wyrzuty sumienia za każdy moment, gdy zlecano mu zaprojektowanie szczególnie dobrej okładki dla szczególnie beznadziejnej gry.

Listę artystów, którzy od gier woleli tradycyjne formy rozrywki, można spokojnie poszerzyć jeszcze o kilka nazwisk, w tym – cenionego Clyde’a Caldwella, którego okładki gier inspirowanych Dungeons & Dragons, wydawanych przez Strategic Simulations Inc., również zyskały status kultowych. Powiązany z muzyką, jak Wakelin, po wypróbowaniu swoich sił jako gitarzysta lokalnej kapeli, został grafikiem, zainspirowany prozą fantasy i sci-fi Edgara R. Burroughsa. Z tym, że z branżą gier komputerowych łączyć go można raczej pośrednio – to okładki rysowane przez niego dla „oryginalnego” D&D TSR, które posłużyło za inspirację do zdigitalizowanej wersji, były wykorzystywane do promocji produktów SSI – nie odwrotnie.

Są jednak i tacy, którzy łączą wszystkie te stanowiska – graczy, rysowników, miłośników tradycji. Jednym z nich jest David Rowe. Człowiek, który mógłby zbić piątkę z Bobem Wakelinem, ponieważ nie wziąłby się za tworzenie, gdyby nie komiksy Marvela i pierwsze próby dokładnego przerysowania Hulka. Z Cliffem Spohnem również mogliby się polubić, skoro pierwszą okładką zrobioną przez niego na zlecenie Quicksilva był… The Chessplayer.

Z kolei Steve Hendricks z pewnością doceniłby godziny, które Rowe poświęcił na ogranie demo gier, które miał zilustrować, dzięki czemu jego nieodłącznym narzędziem pracy, poza ołówkiem, były też ZX Spectrum, Amiga i Atari ST… W latach 90. pracował nawet dla Electronic Arts, stając się autorem okładek do ikonicznych Madden i Populous. Rowe do dziś wspomina możliwość wcześniejszego ogrania wersji beta tego drugiego tytułu i otaczającą ten fakt tajemnicę. Jego największym dziełem są jednak słynne podziemia CGI zaprojektowane dla interaktywnej, telewizyjnej gry Knightmare (przeniesionej później w formie gry wideo na ekrany komputerów). Lata później założył zbiórkę, z której fundusze przeznaczono na zebranie związanych z tytułem grafik, wydanych jako David’s Rowe Art of Knightmare.

Czy giganci, którzy rozpoczęli rewolucję na rynku gier, przenosząc rozrywkę z salonów do mieszkań graczy na masową skalę wykazali się ignorancją, nie traktując ilustratorów z odpowiednim szacunkiem? Ich nazwisk nie słychać przecież równie często, co programistów. Z drugiej strony artystom też można zarzucić ignorancję. W końcu w większości nie tylko nigdy nie zagrali w tytuły, do których tworzyli okładki, ale często w ogóle nie byli graczami – z chlubnymi wyjątkami w postaci Rowe’a. Niepodważalnie zajmują jednak ważne, nienaruszalne miejsce w historii gier. Po latach oddaje im się cześć. Pojawiają się albumy w stylu Art of Atari Tima Lapetino z 2016 roku czy Artcade: The Book of Classic Arcade Game Artwork. Inicjatyw upamiętniających retrogaming jest i będzie coraz więcej. Nie wolno zapomnieć, co ukształtowało jedną z największych obecnie branży rozrywkowych – szczególnie tych, którzy niezapomnianymi ilustracjami rozpalili wyobraźnię kilku pokoleń graczy.