Znamy dużo historyjek z lat osiemdziesiątych, opowiadających o tym, jak taki czy inny nastolatek spędzający pół życia w piwnicy tworzył takie czy inne epokowe dzieło, które zapisywało go złotymi zgłoskami w historii gier wideo. Oczywiście po drodze wszyscy się dziwują: „O rany, taki młody, jeszcze niepełnoletni, a już taki genialny”. Im człowiek starszy, tym bardziej go takie historie irytują.

Posłuchajmy więc innej: opowieści o Balrogu z Rochdale, która zaczyna się od bezrobotnego faceta przed czterdziestką. Będzie tu się działo sporo, ale dominować będą dwa wątki – profanowania Tolkiena i zamykania w toalecie. Zapraszam.

John Wilson, który miał kiedyś zostać słynącym na cały świat Balrogiem z Rochdale, wcale nie urodził się w Rochdale, tylko w Edynburgu. W młodości przez jakiś czas pracował jako elektryk naprawiający samoloty w RAF-ie, następnie przeszedł do branży budowlanej, a potem radiowo-telewizyjnej. Kiedy w końcu na początku lat osiemdziesiątych stał się wspomnianym akapit wyżej bezrobotnym facetem przed czterdziestką, zabijał czas, siedząc przy komputerze. Kolega podrzucił mu egzemplarz programu The Quill – pierwszego ważnego narzędzia do tworzenia amatorskich gier tekstowych, które pewnie zasługuje na oddzielny artykuł w którymś numerze Pixela. Wilson od zawsze lubił opowiadać przeróżne historie, więc postanowił spróbować, jak się opowiada za pomocą komputera. Kiedy po kilku miesiącach zabaw z Quillem wybrał się na poważną rozmowę do pośredniaka, miał już gotową odpowiedź na pytanie o swoją przyszłość: „Chcę robić gry komputerowe i wysyłać je do ludzi pocztą”. Odpowiedź głupia i naiwna, ale właśnie tak mu w sercu grało. Wilson próbował sprzedawać swoje wczesne gry przy pomocy większych wydawców, ale ich oferty go nie zadowalały. W końcu, dzięki państwowemu dofinansowaniu dla młodych firm (jeden z efektów wizyty w pośredniaku) powstało Zenobi Software, nazwane tak na cześć pomocnego duszka z jednej z pierwszych gier, w jakie grał Wilson – Black Crystal na ZX Spectrum.

Pierwszym sukcesem Wilsona była gra An Everyday Tale of a Seeker of Gold (1986). Opowiadała o niejakim Bulbo Biggunie, który pewnego dnia spotkał gromadę krasnoludów pod kierunkiem maga Grand Alfa i wybrał się na wyprawę po wielki skarb strzeżony przez smoka Smoga. Co ciekawe, w tegorocznym wywiadzie dla zina The Classic Adventurer Wilson stwierdza, że kiedy pisał swoją grę, w ogóle nie czytał jeszcze Tolkiena, za to miał mnóstwo uciechy z grania w grę The Boggit firmy Delta 4. Ta opowiadała o niejakim Bimbo Fagginsie, który pewnego dnia spotkał gromadę krasnoludów pod kierunkiem maga Grandalfa i wybrał się na wyprawę po wielki skarb strzeżony przez smoka Dauga. Była oczywiście parodią całkiem popularnej gry tekstowej The Hobbit, która opowiadała o niejakim… No dobrze. Tak czy inaczej, Wilson postanowił napisać dla zabawy coś, co przypominałoby Boggita. I wyszło mu to całkiem nieźle. An Everyday Tale nie jest słabą imitacją pierwowzoru. Szybko znajduje własny głos. Delta 4 (czyli Fergus McNeill i Judith Child) próbują się choć odrobinę trzymać tonu oryginału. Na przykład krasnoludy witają Bimba całkiem długą, miejscami nawet rymowaną i bardzo złośliwą pieśnią na temat skarbu. W grze Wilsona ekipa Grand Alfa po prostu informuje Bulba, że nie chce im się wybierać po skarb, bo w sobotę Leeds United grają u siebie.

Jesteśmy w samym sercu starej dobrej Anglii – między piwkiem w pubie a telewizorkiem. W tekstówkach Wilsona, powstających na marginesie odnoszącej coraz większe sukcesy brytyjskiej branży gier, bardzo żywa jest ta jedyna w swoim rodzaju angielska przaśność, która rozrasta się na marginesach wszystkich tamtejszych miast w postaci powykręcanych w najdziwniejsze kształty alejek pełne identycznych domków. Rochdale to nieduże miasto pozostające w cieniu pobliskiego Manchesteru. Nawet w centrum dominuje zabudowa najwyżej dwupiętrowa. Siedziba firmy Zenobi Software to nie żaden biurowiec, tylko klasyczny klockowaty brytyjski domek z czerwonej cegły, jeden z wielu identycznych budynków stojących ściana w ścianę na wąskiej uliczce. Firma odpowiedzialna za produkcję lub wydanie ponad 200 gier mieściła się po prostu w domu Wilsona. Sam kopiował kasety, sam drukował okładki, sam wysyłał wszystko do klientów. Jak wspomina, pracował często 18 godzin na dobę. Był brakującym ogniwem między obrastającą w piórka branżą gier wideo a twórcami amatorami, którzy rozpowszechniali swoje gry pocztą pantoflową. Z jednej strony dłubał przy wszystkim sam i chodził z torbami pełnymi gier do wysłania, a z drugiej – recenzowały go najważniejsze pisma, takie jak Crash czy Your Sinclair.

Dzięki swojemu przywiązaniu do atmosfery mniej eleganckich przedmieść gry Wilsona robią z Tolkiena nie pierwszą z brzegu parodię, tylko coś bardzo specyficznego: trochę swojskiego, zanurzonego w tradycjach i humorze niższych warstw brytyjskiej klasy średniej. Inni twórcy wczesnych gier przygodowych najczęściej uciekali od rzeczywistości w krainę fantastyki. Dominuje w nich nie najlepsze SF i piąta woda po Dungeons and Dragons. Wilson idzie w przeciwnym kierunku: od fantastyki do trochę przaśnego, ale za to poczciwego i swojskiego świata, w którym sam mieszka. Dlatego na przykład w gospodach w pobliżu Shyre można znaleźć automaty z grą na podstawie filmu Obcy (bohater gry Balrog and the Cat może w nim wygrać zielone jajo; zupełnie nie wie, do czego mogłoby mu się przydać), a lekturę codziennej Goblin Gazette warto było zacząć od strony z roznegliżowaną elfką. Historie o Bulbie, a potem oczywiście również Fuddo i Slamie, którzy muszą odnaleźć jego zgubiony w drodze powrotnej od smoka magiczny pierścień, szybko odchodzą o literackiego pierwowzoru. W roku 1987 Wilson wydaje obowiązkową wariację na temat Władcy pierścieni (Fuddo and Slam), ale również zupełnie nową, już niezaczerpniętą z Tolkiena przygodę Bulba (Bulbo and the Lizard King). Rok później samodzielną grę dostaje sąsiad bardziej znanych boggitów z Shyre, niejaki Balrog. Punkt wyjścia Balrog and the Cat jest uciesznie prozaiczny: do domu Balroga trafia podpalony przez właściciela-maga kot, który prosi, żeby jego niedowidzącemu panu znaleźć okulary albo coś. W wywiadach Wilson zawsze podkreśla, że lubi improwizowane historie, które wymyśla na bieżąco. To widać. I widać też, że świetnie mu wychodzą.

To właśnie Balrog jest głównym bohaterem serii, którą i wielbiciele Wilsona, i on sam, najcieplej wspominają – Behind Closed Doors. To prekursor całego gatunku room escape. Balrog zostaje zamknięty w ciasnym pomieszczeniu, z którego musi się wydostać, rozwiązując całą serię zagadek. Tajemnica sukcesu BCD jest taka, że tym pomieszczeniem jest wychodek w ogródku, zamknięty złośliwie od zewnątrz przez Fuddo i Slama, kiedy biedny Balrog udał się tam w konsekwencji zjedzenia zbyt dużych ilości vindaloo. Wbrew pozorom, nie ma tu za dużo klozetowego humoru (nawet na niewinne „Wytrzyj tyłek” gra odpowiada: „Wiedziałem, że ktoś będzie chciał tego spróbować, ale czy to naprawdę musiałeś być ty…? Tak czy inaczej – nie.”). Za to okazuje się, że w pojedynczej lokacji z krótkim opisem da się zmieścić naprawdę sporo szczegółów, zagadek i fałszywych tropów. Akcja ucieczki z wychodka wymaga sporej pomysłowości. Warto też popróbować wszystkich głupot, jakie przychodzą do głowy. W grze jest całe mnóstwo ukrytych komunikatów. Po drodze można jeszcze rozwiązać krzyżówkę z Goblin Gazzette. W końcu posiedzenie w toalecie do czegoś zobowiązuje!

BCD powstało w zasadzie przypadkiem – jako dodatek do wypchania drugiej strony kasety z pełnowymiarową grą From Out of a Dark Night Sky. W niektórych wywiadach Wilson wspomina, że chciał przy tej okazji sprawdzić, czy da się zrobić grę w 24 godziny, ale poświęcony Zenobi artykuł w RetroGamerze stwierdza, że dobę trzeba by tu jednak zamienić na niecały tydzień.

Gra o ucieczce z wychodka okazała się przebojem. Wielbiciele domagali się kontynuacji. BCD 2, o wiele mówiącym podtytule The Sequel, twórczo rozwija pierwowzór – tym razem Balrog nie chce wyjść, tylko wejść, ale gra również rozgrywa się w pojedynczej lokacji. Były jeszcze część trzecia (Revenge of the Ants) i czwarta (napisana już przez współpracownika Wilsona, George’a E. Hoyle’a Balrog’s Day Out). Zenobi wydawało też na niewykorzystanych częściach kaset inne drobne dodatki dla fanów Balroga. Na przykład cyfrowe ilustracje do gier albo numery The Goblin Gazzette do poczytania.

Zenobi Software to nie tylko gry Wilsona. Już w roku 1989 Balrog z Rochdale wyciągnął pomocną dłoń do pierwszego twórcy przygodówek, który nie mógł sprzedać swojej produkcji. Lightmare Scotta G. Johnstona była nieco słabiej napisana od gier o Bulbie i Balrogu, ale za to zachwycała pięknymi ilustracjami. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. Ze stajnią Zenobi współpracowało kilka tuzinów autorów i autorek (dzisiaj Balrog wspomina, że kobiet było sporo zarówno wśród jego współpracowników, jak i odbiorców).

Część gier Zenobi to typowe dla tamtych czasów opowieści SF i fantasy, jest kilka adaptacji klasyki (np. zajmujący obie strony kasety Dr. Jekyll and Mr. Hyde), ale jest też sporo tytułów osadzających akcję w brytyjskim tu i teraz – takich jak Man about the House, w której bohater, nieudacznik Ernie Spludge, rozpaczliwie próbuje posprzątać dom przed narodzinami dziecka. Zenobi Software wydało ostatecznie ponad 200 gier, przede wszystkim na Spectrum, ale pod koniec również garść na Atari ST. Były to przede wszystkim gry tekstowe, ale zdarzały się też inne gatunki. Sam Balrog wypuścił dwie komnatówki izometryczne z serii Bart the Bear (zrobione w programie 3D Game Maker, dzięki któremu każdy mógł się poczuć jak autorzy Knight Lore).

Mijały kolejne lata. Spectrumy trafiały na śmietnik, a ich dawni właściciele puszyli się nowymi pecetami. Wierni fani Zenobi nie przejmowali się takimi drobiazgami. Wilson wciąż nagrywał kasety, chodził z torbą na pocztę i drukował kolejne numery biuletynu dla miłośników tekstówek. Koniec nadszedł dopiero w roku 1997. Wtedy do odbiorców trafił numer zatytułowany „The Long Goodbye”. Wilson wyjaśnia w nim, że do końca Zenobi przyczyniła się nie tylko słabnąca sprzedaż, ale również coś, co zostaje tu określone jako „niesławny «INTERNET» ”.

Otóż grupy ludzi działających w owym INTERNECIE zajmują się bezprawnie rozpowszechnianiem gier wciąż sprzedawanych przez Zenobi, a do tego planują również wydanie ich (oczywiście bez płacenia autorom) na CD-ROM-ie. Zrezygnowany Wilson zdaje sobie sprawę, że wobec czegoś takiego jego firma jest jak schorowana staruszka próbująca zatrzymać napad na bank. Jeśli chcą, niech sobie szaleją. Czas się usunąć w cień i znaleźć jakiś inny sposób na opłacenie dachu nad głową. Pomyślcie tylko. Rok 1997. Rok Final Fantasy VII, Fallouta, Quake’a II, Ultimy Online. Karty graficzne 3dfx. Gogle VR. A Balrog z Rochdale sprzedaje jeszcze ostatnie tytuły na ZX Spectrum. „Nawet potężne imperium rzymskie odeszło w stronę zachodzącego słońca” – pisze w swoim pożegnaniu. I tak wyjątkowo długo udawało mu się grać na nosie przemijaniu.

Oczywiście, Balroga się tak prosto nie pokona. Wciąż ma się świetnie, a jest już po siedemdziesiątce. Od pewnego czasu jest bardzo aktywny. Przeprosił się z internetem. Pisze bloga. Rozpowszechnia, a jakże, stare gry Zenobi. Robi też nowe: seria Behind Closed Door ma już siedem części, są też nowe przygody Bulba. W Behind Closed Doors V pisze, niby o swoim bohaterze, ale my wiemy swoje:

„Balrog → ważący trochę za dużo, chory na cukrzycę staruszek z siwymi włosami i głową pełną marzeń, który zbliża się do emerytury”; „zadek → większy niż w latach osiemdziesiątych, ale też dużo bardziej oklapnięty; wszystko przez to, że ten cholerny leń tyle na nim wysiadywał”

Artykuł ukazał się w Pixelu #45. Zapraszamy do sklepu Pixela po cyfrowe lub drukowane wydanie magazynu oraz inne numery Pixela. Zachęcamy do wykupienia prenumeraty.