Drogie dzieci, jeśli byłyście dziś grzeczne, opowiem wam bajkę o praszczurze nie tylko platformówek, ale poniekąd wielu gier przygodowych. Tak, tak, wówczas w epoce nie mogliśmy należycie docenić jego wartości. Wiadomo tylko było, że to gra niezwykła i bardzo wciągająca.

The Goonies zrodziło się w stajni kalifornijskiego Datasoftu. Pisaliśmy kiedyś w Pixelu o tej firmie, założonej w 1980 roku przez niesamowitego Patricka Ketchuma, działającej mniej więcej do 1987 roku. W tamtym czasie mózg opuścił biuro firmy w Chatsworth i kilka lat później założył Cyberdreams, będące pionierem interaktywnych opowieści na początku lat dziewięćdziesiątych. Na razie jesteśmy jednak dekadę wcześniej, w czasach, gdy świat ekscytuje się prostymi platformówkami, w których celem jest wykonanie skoku w odpowiednim momencie lub strzelenie kulką w pędzącego prosto na nas duszka. Na ZX Spectrum powstają już co prawda gry labiryntowe z nieco bardziej rozbudowaną fabułą, ale ciągle sprowadzało się to do odszukania kilku porozrzucanych kawałków kryształu, statku kosmicznego czy talizmanu.

Datasoft sięgnął po motywy filmowe w czasie, gdy konkurencji się to nie śniło. Ketchum jakąś niewiarygodną zakulisową metodą zyskał prawa do postaci Bruce’a Lee, a także bohaterów filmu „The Goonies”, młodocianych Indian Jonesów, którzy w 1985 roku rozbili bank, wspierani przez hitowy kawałek Cyndi Lauper „The Goonies ‚r’ Good Enough”. Producentem był sam Steven Spielberg, projekt powstał na podstawie jego pomysłu, a po latach wydaje się to największą inspiracją dla „Stanger Things”.

I tak w komputerowym The Goonies, dostępnym na Atari, C64 i Amstrada, trzeba było przebrnąć osiem plansz. Tyle że w każdej z nich po pierwsze trzeba było współpracować dwójką bohaterów na znacznie głębszej płaszczyźnie niż to miało miejsce w Mario Bros. Poza tym każda plansza oferowała coś nowego – a to maszynę do produkowania pieniędzy, frunące stado ptaków, ognie czy ośmiornicę. Wszystko należycie animowane, wplecione w fabułę i niebędące jedynie tłem jak piękne zamczyska i cmentarze w Ghosts ‚n Goblins. Dzisiaj trudno to sobie uświadomić, ale 33 lata temu wykonywanie takich czynności jak przełączanie dźwigni czy wskakiwanie na beczkę, żeby przepłynąć jeziorko, naprawdę nie było na porządku dziennym. W The Goonies wykonywało się zadziwiająco ludzkie czynności. Żeby wdrapać się na drabinkę, trzeba było przesunąć do niej krzesło. Żeby przeskoczyć nad mackami ośmiornicy, trzeba było spuścić wodę pod nią. To poszerzało granice interaktywności tak mocno, że rzecz była dla wielu graczy zwyczajnie za trudna. Ukończenie The Goonies, zwłaszcza że w wersji kasetowej nie dało się sejwować, stanowiło jedno z większych wyzwań, zwłaszcza że nigdzie nie było podanych rozwiązań zagadek. Warto też pamiętać, że Maniac Mansion miał się ukazać dopiero dwa lata potem. To w The Goonies uczyliśmy się żyć własnym życiem w świecie gry wideo.

Grafikę zrobił niezawodny Kelly Day, mający na koncie również Bruce’a Lee oraz Zorro. Hipnotyczna muzyka, zwłaszcza w drugiej planszy, naśladowała nieco przebój Cyndi Lauper. „Postrzeleńcy” poszukiwali skarbu pirackiego, ale finał okazywał się dość zaskakujący, bo co prawda znajdowali go, ale… To jest jedna z bardzo nielicznych gier sprzed ponad 30 lat, które warto skończyć nawet dzisiaj.