Pierwsze The Division, tak jak inna produkcja sygnowana nazwiskiem Toma Clancy’ego – Ghost Recon: Wildlands, bardzo mnie wciągnęła. Do obu tych tytułów wracam co jakiś czas, choć preferuję ciepły klimat Boliwii. Teraz – dzięki prywatnej becie The Division 2 – przyszło mi odwiedzić równie słoneczną stolicę USA, Waszyngton.

Weekend spędzony z grą uzmysłowił mi, że – w porównaniu do jedynki – żadna rewolucja nas nie czeka. To po prostu więcej tego samego, z dodatkowymi usprawnieniami oraz elementami, które do szewskiej pasji mogłyby doprowadzić nawet najbardziej opanowanych graczy.

Do gustu przypadła mi sceneria w jakiej toczy się fabuła drugiego The Division. Waszyngton może nie jest aż tak popularnym w naszym kraju miastem jak Nowy Jork, ale już samo przechadzanie się po tej opustoszałej metropolii robiło wrażenie. Czułem się trochę niczym Charlton Heston w Człowieku Omedze. Miasto aż zachęcało do zwiedzania. Co chwila trafiałem na wymagających eskorty sojuszników transportujących zapasy, przyjacielskie lub wraże patrole czy nawet całe ufortyfikowane posterunki zajęte przez bandytów.

Broni jest tu całe mnóstwo. Najlepiej biegało mi się z karabinkiem automatycznym w rękach oraz cięższym karabinem nadającym się do ostrzeliwania wrogów z dystansu. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jakoby lżejsze pistolety maszynowe nie miały – póki co – racji bytu w nowym The Division. Biją słabo, a przeciwnicy przyjmują na klatę jeszcze więcej ołowiu niż w jedynce. Co więcej, podczas gdy wytrzymałość samych bossów graniczy z absurdem, sam musiałem mieć się na baczności. Wystarczyło kilka kulek, aby mój pancerz przestał istnieć. Takie rozwiązanie to przesada.

Nie żebym narzekał na poziom trudności w The Division 2. Wrogowie potrafili zachowywać się co najmniej nielogicznie. Zdarzało im się nawet mnie ominąć i wyjść do drugiego pomieszczenia jakby cierpieli na ostre niedowidzenie. Nie raz stojąca niedaleko grupka bandytów nie reagowała na to, że dosłownie obok wyrzynam w pień ich kumpli. W walce niesłychanie pomocne okazywały się gadżety. Działko w wersji szturmowej doskonale ściągało na siebie ogień bandziorów, podczas gdy sam na spokojnie zdejmowałem każdego z nich. Zdaje mi się, że bardziej intrygowała ich obecność rzeczonego działka, a nie agenta, który ich likwiduje.

Nie natrafiłem też na żadne problemy przy znajdowaniu chętnych do wspólnego przechodzenia misji. Gra sama informowała mnie o tym, kiedy ktoś poszukiwał towarzyszy do gry. Zadania przyjemniej przechodzić z innymi graczami, chociażby ze względu na wspomnianych wcześniej bossów oraz ich elitarnych pomagierów.

Jest tu jednak sporo pomniejszych błędów, które mogą popsuć zabawę. Zdarzyło mi się, że w trakcie dłuższej rozgrywki moja główna broń dosłownie ucichła – nie słyszałem jej wystrzałów. Utknąłem też w kilku miejscach, nie mogąc się ruszyć, jedynym remedium na ten stan rzeczy było skorzystanie z opcji szybkiej podróży do najbliższej kryjówki. Głupkowaci wrogowie po pewnym czasie bardziej irytowali niż śmieszyli, tym bardziej że kiedy już mnie trafili, to nie było mi do śmiechu. Mam też nadzieję, że w pełnej wersji gry znajdzie się prawdziwy kreator postaci. W becie mogłem tylko losowo wygenerować swojego agenta.

Czekam na premierę The Division 2, jestem ciekaw co z tego wszystkiego wyjdzie. I niech ci wrogowie przestaną być takimi gąbkami na naboje, bo to jest naprawdę denerwujące.