Darmowa gra, która ma rozpalić apetyty przed nadchodzącym wielkimi krokami Life is Strange 2. Zadanie to spełnia dobrze, ale w kilku momentach sprawia, że gracz może się obawiać o kontynuację opowieści ze świata Max i Chloe.

W czasach, gdy wersje demonstracyjne gier najłatwiej znaleźć w muzeum, pomysły takie jak Captain Spirit bardzo cieszą. Kiedy usłyszałem o darmowej produkcji osadzonej w uniwersum LiS, myślałem, że będzie ona tym, czym słynne P.T. miało być dla Silent Hills. Ludzie z DONTNOD pokazali jednak coś więcej niż grywalny teaser. Wszystko bowiem wskazuje, że rozgrywka wygląda tak, jak to, co dostaniemy w pełnoprawnej grze. Ba, wybory podjęte w opowieści o małym kapitanie mają mieć znaczenie w LiS 2, co sugeruje, że także z przedstawionymi tam postaciami spotkamy się we wrześniu, kiedy ukaże się pierwszy odcinek nowej przygodówki.

Kapitan z fajką

A wspominanymi postaciami są Chris Eriksen i jego ojciec Charles. Duet po przejściach bliźniaczo podobnych do tego, co spotkało Chloe. Różnica jest taka, że tym razem to matka bohatera zginęła w wypadku, a pogrążony w rozpaczy drugi rodzic pocieszenia szuka na dnie butelki, a nie w ramionach byłego wojaka o dyktatorskich zapędach i wąsie wujka, który zawsze przychodzi niezaproszony na urodziny. Z kolei Chris, w przeciwieństwie do Chloe, nie wchodzi w fazę buntu, ale ucieka w świat superherosów, gdzie staje się tytułowym kapitanem Spiritem z dzielnymi pomocnikami u boku i podstępnymi łotrami do zwalczenia. W przerwach między ratowaniem galaktyki może jednak zdecydować się na manewry godne panny Price, jak popalanie ukradkiem skradzionych ojcu papierosów.

Oddany graczom obszar nie jest specjalnie wielki, ale zwiedzając dom Eriksenów i jego bezpośrednią okolicę, dowiadujemy się sporo o bohaterach, ich relacjach i problemach. Pod względem klimatu, rozgrywki, a także oprawy graficznej i dźwiękowej mamy to, do czego przyzwyczaiły nas Life is Strange i LiS: Before the Storm. Zakończenie zabawy, do którego można dojść w kilkadziesiąt minut – jeśli odpuścicie sobie eksplorację i zadania poboczne – sugeruje, że bliżej będzie do oryginału niż prequela i nie dostaniemy historii o ludziach z problemami, ale historię o ludziach z problemami i supermocami.

Nie wszystko złoto, co darmowe

Na początku pisałem o obawach i przyszła pora, by z tego zdania się wytłumaczyć. Otóż zaniepokoiły mnie dwa elementy. Pierwszy to fakt, że na podjęcie niektórych decyzji mamy bardzo mało czasu. To oczywiście nie dziwi, gdyż w poprzednich grach z cyklu też takie się pojawiały. Sam element presji jest zresztą dobry, ponieważ pozwala uniknąć charakterystycznej dla wielu gier sytuacji, gdy musimy uratować świat przed złem, które cierpliwie czeka aż bohater nauczy się lepiej strzelać z łuku, rozwiąże wszystkie lokalne konflikty i uzbiera najlepszą kolekcję kart w królestwie. Problem polega na tym, że jedyne elementy, w których jakąś rolę odgrywa czas, umiejscowiono na samym początku zabawy, gdy gracz nie zna jeszcze reguł rządzących otaczającym go światem. W efekcie może się okazać, że nim połapiemy się, o co w tym wszystkim chodzi, pierwsze decyzje podejmą się za nas.

Drugi zarzut dotyczy zagadek. A właściwie jednej z nich. Większość zadań jest dosyć łatwa i ogranicza się do znalezienia odpowiednich przedmiotów lub wykonania określonych czynności. Czasem trzeba też przeszukać okolicę, aby zdobyć informacje niezbędne do znalezienia prawidłowej odpowiedzi lub pokombinować z łączeniem przedmiotów. Jest jednak zadanie, które mnie przerosło i sprawiło, że splamiłem się szukaniem odpowiedzi w sieci. W zasadzie zawsze, gdy idę na taką łatwiznę, to potem mam do siebie pretensje, że nie rozwiązałem problemu sam, gdyż odpowiedź po poznaniu wydaje się oczywista. Tutaj tak nie jest. Oczywiście można uznać, że po prostu jestem za głupi albo przegapiłem jakiś istotny szczegół, ale w sieci setki osób narzekają na brak logicznej drogi wiodącej do prawidłowego rozwiązania. Wskazywałoby to, że wina może leżeć po stronie autorów, a nie graczy.

I tu pojawiają się moje obawy. Z jednej strony można machnąć ręką i stwierdzić, że nie ma co narzekać, skoro błędy lub wątpliwe decyzje designerskie pojawiły się w darmowej zapowiedzi gry. Z drugiej, rodzi się strach, że skoro dwie takie wpadki pojawiły się w małej produkcji, to w pełnej wersji będzie się od nich roiło. Posłużę się jeszcze jedną analogią: jeśli w knajpie dostaniecie nieświeże przystawki, to nawet jeżeli były darmowe, będziecie z nieufnością patrzeć na danie główne albo w ogóle wyjdziecie z lokalu.

Osobiście nigdzie się nie wybieram, pozostaję optymistą i z niecierpliwością odliczam dni do 27 września, by znów spotkać Chrisa i jego ojca. Cieszę się też, że możliwość żądania zwrotu pieniędzy za gry nie zniechęciła wszystkich deweloperów do twórczego zapowiadania swojego dzieła. Jeśli więc nie wskoczyliście jeszcze w pelerynę Kapitana Spirita, to uczyńcie to, nawet jeśli trzeba przygotować się na konieczność rzucenia się w wir wydarzeń bez szans na przygotowanie i bolesne starcie z jedną z zagadek.