Nie ma żadnej wątpliwości, że żyjemy w ciekawych czasach. Gry co i rusz pojawiają się w mainstreamie, a wielkie produkcje AAA zalewają nas potokiem pięknej grafiki oraz rozbudowanych mechanik.

Czasem ma się jednak ochotę od tego wszystkiego odpocząć. Uciec do czasu gdy granie było czymś magicznym, nieopisanym, zjawiskowym. Jestem w stanie się założyć, że każdy gracz jest w stanie podać jakiś tytuł, który przenosi go właśnie do tej epoki. U mnie to era pierwszego PlayStation i pierwsza część serii Suikoden.

Nie ma żadnej wątpliwości, że żyjemy w ciekawych czasach. Gry co i rusz pojawiają się w mainstreamie, a wielkie produkcje AAA zalewają nas potokiem pięknej grafiki oraz rozbudowanych mechanik. Czasem ma się jednak ochotę od tego wszystkiego odpocząć. Uciec do czasu gdy granie było czymś magicznym, nieopisanym, zjawiskowym. Jestem w stanie się założyć, że każdy gracz jest w stanie podać jakiś tytuł, który przenosi go właśnie do tej epoki. U mnie to era pierwszego PlayStation i pierwsza część serii Suikoden. Trzeba wam wiedzieć, że byłem wtedy jeszcze młodym szczawiem. Coś tam o graniu wiedziałem i w kilka rzeczy zagrałem ale ogólnie moje poruszanie się w świecie gier było raczej czymś w rodzaju tańca ślepca. Wpadałem na jakieś gry, zachwycałem się nimi na chwilę, a potem leciałem dalej. Z Suikodenem było inaczej. To była prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Właściwie ciężko powiedzieć dlaczego. Suikoden jest bowiem grą jednocześnie specyficzną i bardzo typową. Należy pamiętać, że mówimy tu o przedstawicielu JRPG czyli gatunku, który dla wielu do dziś jest nie do przełknięcia. Wtedy i ja miałem z tym problem, a jednak coś mnie w tym tytule urzekło. Na pewno nie była to grafika. Umówmy się – Suikoden wyglądał dość przeciętnie. Mangowo-rysunkowa estetyka przypadła mi do gustu od razu ale wiedziałem też, że w porównaniu do innych tytułów nie mamy do czynienia z opadem szczęki. To może mechanika? Bzzt! Też nie. Tutaj też Suikoden serwuje nam standard. Turowe walki, potężne zaklęcia, wielcy wojownicy – wszystko to znacie. Co prawda postaci w walczącej drużynie mamy aż 6 naraz i niektóre z nich mogą wykonywać ataki wspólne ale nie oszukujmy się – nie mamy tutaj do czynienia z jakąś rewolucją. Choć w tamtych czasach miało to dla mnie faktycznie posmak nowości. Szybko jednak się przyzwyczaiłem i ogarnąłem co i jak. Pozostaje pytanie – co mogło uwieść młodego Zdana żeby skończył ten tytuł niezliczoną ilość razy?

Odpowiedź jest prosta i dość oczywista – opowieść. Za serce chwyciła mnie historia, w którą został wplątany bohater Suikodena. Tutaj mała uwaga – nie mówimy tu o sztandarowej historii znanej z innych pozycji gatunku  „dzielny nieznajomy próbuje ocalić świat”. Nic z tych rzeczy. Suikoden to zupełnie inna skala. W tej grze nie jesteśmy nikim, a wręcz przeciwnie. Nasz młodzieniec w bandanie jest synem jednego z generałów Imperium. Nie chcę zdradzać sekretów bo może któryś z czytelników nie grał w ten zacny tytuł. Dość powiedzieć, że mamy do czynienia z chwytającą za serce opowieścią o poświęceniu, dumie, rodzinie, zaufaniu i zemście. Brzmi dość typowo ale to wszystko podane jest w ten magiczny sposób, który sprawił, że nie mogłem się oderwać od ekranu. Gdy poznałem ten tytuł to oczywiście nie wszystko rozumiałem ale to też część magii. Każde kolejne przejście (wraz z mijającymi latami) dawało inny ogląd na pewne rzeczy w fabule. Postacie są jasno zarysowane, nasi towarzysze mają swoje powody żeby do nas dołączyć (niektórzy bardzo proste, ale jednak!). Są też pewne zabiegi, które sprawiają, że Suikoden jest mocno unikalny. W pewnym momencie gry zdobywamy własną siedzibę – zamek na wyspie. Niby proste ale to stawia całość naszych działań w innym świetle. To nie przygody bandy obdartych poszukiwaczy przygód. No i moment, w którym dochodzi do walki taktycznej, też jest czymś uderzającym. Ta działa na prostej zasadzie – papier-nożyce-kamień ale nie o to w niej chodzi. To już nie starcia z jakimiś potworami ale regularne bitwy o terytorium. Do tego as w rękawie – 108 postaci do zrekrutowania! Każda jest inna, każda ma swoje wymagania by do nas dołączyć. Niektóre dodają na przykład sklepy do naszego zamku, a inne mogą walczyć u naszego boku. Znów mówimy o czymś prostym ale zaświadczam, że skutecznym! Po prostu chce się znaleźć wszystkich i popróbować różnych kombinacji postaci w drużynie. Wszystko to oczarowało młodego gracza jakim wtedy byłem. Do dziś chętnie siadam do Suikodena – wtedy wraca magia, wraca młodość, wraca czysta radość grania.

Później dowiedziałem się, że Suikoden był w luźny sposób oparty na klasycznej powieści chińskiej „The Water Margin” opowiadającej o losach 108 banitów z góry Liang. Jeśli ktoś zakochał się w Suikodenie – powinien sięgnąć po powieść. Zaświadczam, że się nie zawiedzie. A jeśli dodamy fakt, że Suikoden jest jedną z ulubionych gier samego Warrena Spectora (i to na szóstej pozycji!) i miał wpływ na kultowego w pewnych kręgach Deus Exa… to chyba nie trzeba lepszej rekomendacji?