W 2020 roku miałem przyjemność zrecenzowania trzeciej odsłony Wasteland – jednej z przyjemniejszych gatunkowych niespodzianek ostatnich lat. Z racji sukcesu (a także przez wzgląd na dostrzeżenie co najmniej kilku niezagospodarowanych terenów w „podstawce”) przygotowywałem się już mocno na co najmniej jedno rozszerzenie. Jak zatem wypadła Bitwa o Steeltown?

Zacznijmy od kontekstu. Pierwsze DLC Wastelanda 3 to swojego rodzaju małe uzupełnienie fabuły świata. Ze względów oczywistych nie ma większego znaczenia dla rozstrzygnięć w finałowych aktach wojny o Kolorado, ale w ciekawy – a przede wszystkim logiczny – sposób wzbogaca gospodarkę Patriarchy. Otóż aktualny dyktator tych ziem opiera w dużej mierze swoją potęgę i władzę na tytułowym Steeltown, ośrodku przemysłowym wybudowanym na ruinach miasta Pueblo.

To właśnie tam powstaje niemal całe zaplecze patriarszych sił zbrojnych, wliczając zarówno najprostsze pojazdy, jak i potężne wojnoboty. Problem polega na tym, że od pewnego czasu fabryka nie daje profitów z powodu generalnego strajku, co na dłuższą metę może prowadzić do bardzo dużych problemów – zwłaszcza, gdy najeźdźcy stoją u bram. Oczywiście na miejsce zostaje ściągnięta najlepsza grupa uderzeniowa watażki – czyli ekipa zaprzyjaźnionych Strażników. Patriarcha oznajmia nam to osobiście przez radio, gdy podróżujemy po mapie Kolorado bodajże na 9. poziomie, co automatycznie otwiera przed nami nowy teren i questy.

Jeśli chodzi o klimat, do zwyczajowego, postapokaliptycznego czarnego humoru spod znaku Briana Fargo dochodzi jeszcze mocna satyra na wszelkiego rodzaju przeżarte biurokracją korporacje, w których wyzysk pracowników i absurdalne, nieludzkie zasady. Trzeba przyznać, satyra ta jest dość aktualna, w szczególności przywodząca na myśl pewną firmę z nazwą zaczynającą się na „A”. Mimo to, jeżeli ktoś spodziewał się błyskotliwości i lekkości genialnego Disco Elysium, niech lepiej zmiarkuje, bo to absolutnie nie ta liga. Całość naszkicowana została zbyt grubą kreską, by można było traktować to w pełni poważnie. Już nawet w The Outer Worlds Obsidianu sprowadzanie do absurdu korpo-gierek poszło lepiej, bo choć i tam Ameryki nikt nie odkrył, narracja była znacznie bardziej kreatywna.

Nie znaczy to jednak, że The Battle of Steeltown wypadło w tym elemencie jakoś zupełnie źle. Wciąż siłą DLC jest kilka wyrazistych postaci – w zasadzie wizytówka Wasteland, a w szczególności trzeciej części. Niejednoznaczna liderka Steeltown – Abigail Markham, stojąca na czele buntowników Salene Crow, apodyktyczny szef ochrony Karl Ludlow oraz jeszcze parę osób, które odkryjemy nieco później – każdy z tych najważniejszych graczy zostanie nam w głowach na dłużej. Możemy rzecz jasna liczyć także na ścieżkę dźwiękową na najwyższym poziomie, łączącą covery amerykańskich pieśni z nowoczesnymi dźwiękami. Tak jak w „podstawce”, kluczowe starcia dostają swój własny kawałek. Szczególną uwagę zwraca klimatyczne Power in the Union:

Inna sprawa, że cała reszta NPC-ów to już raczej niewnoszący nic godnego zapamiętania statyści. Zdecydowanie mogę się także przyczepić do samej struktury mini-kampanii. Na dobrą sprawę to kilka potyczek na krzyż, a dylematy moralne sprowadzają się do bardzo prostych mechanizmów, opierających się na tym, po czyjej stronie stanąć w kluczowej fazie questa i poza może jednym momentem specjalnie nie głowiłem się, kogo utrącić, a komu sprzyjać. Nie jest to również specjalnie długa przygoda, nawet jak na rozszerzenie.

Przejdźmy do mechaniki gry, bo tutaj dostaniemy mimo wszystko kilka ciekawych, obiecanych nam przez twórców niuansów. Do największych należy opcja pacyfikowania wroga bez konieczności ubijania go. Tak jest, aby poskromić robotników, nie musimy wcale przerabiać ich na krwawą miazgę (chyba, że mamy akurat na to ochotę). inXile wprowadziło zatem specjalną, energetyczną broń. Po władowaniu nią określonej liczby ładunków wybrany dany cel po prostu pada oszołomiony.

Wielka szkoda, że jest to skuteczne jedynie przeciwko sile roboczej Steeltown. Co więcej, jeżeli zdecydujemy się bawić w (wybiórczego) pacyfistę, musimy wrócić do naszej bazy i schować w zagrodzie zwierzaki. Gorzej, gdy dodatkowym wsparciem jest radziecki robot czy toster – także zadający jedynie śmiertelne obrażenia. To spore niedogodności i aż dziw, że deweloperzy takiej klasy je przeoczyli. Ograniczeń nie ma z kolei crafting, wchodzący w okolicach premiery DLC jako darmowy patch. Wreszcie zbierane przez nas śmieci nie będą jedynie dodatkowym źródłem gotówki. Dodajmy jeszcze specjalne surowce, pozwalające stworzyć unikalne rodzaje broni – tym się raczej nie pogardzi.

Podsumowanie: The Battle of Steeltown powinno być miłym powrotem do Kolorado dla każdego, kto zachwycił się podstawową zawartością Wasteland 3. Przedłuża rozgrywkę, dodając jeszcze kilka ciekawych elementów do puli ogólnej, a soundtrack to wciąż dopieszczona perełka, wprowadzająca w specyficzny klimat gry. Poprawiono także pewne graficzne aspekty, a animacje stoją na wyższym poziomie (choć nawet na mocniejszym sprzęcie klatki na sekundę z niewiadomych przyczyn czasem na moment spadały). Daleko mu jednak do rozszerzenia idealnego.

Widać jest znaczący spadek jakości w stosunku do „podstawki” – zarówno w kontekście fabuły, jak i samej rozgrywki, której przydarzają się błędy, tudzież niepotrzebne chodzenie na skróty. Dlatego werdykt wydaje się uzależniony od tego, jaki stosunek mamy do stylu inXile. Chciałoby się bądź co bądź zobaczyć jeszcze chociaż jedno DLC – ale bliższe temu, co pierwotnie przygotowano.

Gatunek: strategia turowa, RPG

Producent: inXile Entertainment

System: PC (Windows, Linux), PS4, Xbox One, macOS

Język polski: tak

Premiera: 3 czerwca 2021

Ocena: Można