Najnowszy dodatek do Mortal Kombat 11 sprawił, że w kierunku Eda Boona i jego ekipy poleciały gromy. Ciskały je osoby twierdzące, że studio chce wyłudzić od naiwnych graczy pieniądze. Śmiem nie zgodzić się z tymi oskarżeniami.

Mam wrażenie, że środowisko graczy ma tendencję do siania paniki i dramatyzowania. Ktoś wyda słabą czy niedrobioną grę i zaczyna się krucjata będąca internetowym odpowiednikiem szturmu tłumu z widłami i pochodniami. Jasne, nie dotyczy to wszystkich, ale wystarczy kilku prowodyrów a zawsze dołączy do nich wierny chór, który w każdym zakamarku sieci będzie powielał zasłyszane opinie. Czasem u podstaw tego świętego oburzenia leżą nawet słuszne pobudki – w końcu wszyscy  chcemy, aby ukazywały się tylko dobre i dopieszczone gry, więc jeśli coś jest nie tak, to warto o tym mówić. Niemniej, w czasach, gdy każda drobnostka może nagle urosnąć do rangi sprowadzenia Krzyżaków do Polski, jestem mocno sceptyczny, gdy widzę alarmistyczne posty i skrajne opinie. A takie pojawiły się przy okazji Mortal Kombat 11: Aftermath.

W skrócie, chodzi o to, że Ed Boon rzuca ochłapy a każe za nie płacić w złocie. I powiedzmy sobie szczerze – nowy dodatek do Mortala faktycznie do tanich nie należy, gdyż zapłacić trzeba około 160 złotych. Ale czy faktycznie jest bezwartościowy? Zobaczmy, co dostaniemy, gdy sięgniemy do portfela.

Trzy zestawy skórek – będą udostępniane z czasem, więc teraz trudno coś o nich powiedzieć.

Nowe postacie – wracają Fujin i Sheeva a na gościnne występny wpada Robocop. Po kilku godzinach w ich towarzystwie mogę o wszystkich powiedzieć coś pozytywnego, ale muszę także przyznać, że rozgrywki nie zrewolucjonizują, więc jeśli ktoś ich nie ma, to płakać z pewnością nie musi.

Dodatek fabularny – Aftermath, czyli Następstwa to ciąg dalszy wydarzeń z podstawki. Powinien wystarczyć na jakieś 3-4 godziny zabawy, o ile nie pokusicie się o najwyższy stopnień trudności i każda z około 30 walk nie zamieni się w wyzwanie rodem z Dark Souls. Chociaż fani już kłócą się o to, jak przedstawiono niektóre postacie a i sam mam pewne zarzuty, to ogólnie kontynuację  opowieści z MK11 oceniam bardzo pozytywnie. Szczególnie, że akcja kręci się wokół Shang Tsunga.

Czy jednak to wszystko warte jest 160 zł? Można mieć wątpliwości co do wysokości tej kwoty, ale raczej nie jakości tego, co za nią dostajemy. Z pewnością nie jest to zbroja dla konia, ale porcja dodatkowej, bardzo porządnej zabawy. Nie ma się też wrażenia, że wycięto zawartość z podstawki MK11 i teraz sprzedaje ją po kawałku, próbując wyłudzić od graczy jak najwięcej pieniędzy. Jeśli więc ktoś kupił grę w dniu premiery i nie ma zamiaru wydać na DLC ani grosza, to na pewno nie będzie się czuł oszukany. Nie ma też obawy, że osoby, które sięgają głębiej do portfeli, będą miały jakąś przewagę w czasie zabawy online. Jest też coś, o czym internetowi krytycy jakoś wolą nie mówić.

Otóż Aftermath prócz części płatnej ma także darmową – równie ciekawą i bogatą. Dorzucono w niej cztery nowe areny, w tym Klasykę, którą z miejsca pokochałem, gdyż za tło służą w niej plansze z prehistorycznych Mortali. Wprowadzono także Stage Fatality, które na razie można wykonać na trzech arenach (nie zdziwię się, jeśli w przyszłości zabójcze właściwości zyskają kolejne). Co jednak najważniejsze – po ponad 20 latach do serii powróciły Friendshipy. Przyjacielskie finishery w nowej wersji wypadają fantastycznie i bawiłem się znakomicie, starając się je wykonać każdą postacią. Prócz tego dorzucono trochę nowych Brutality, ale te akurat są cyklicznie dodawane od premiery gry.

Gdyby więc zebrać wszystko, co oferuje Aftermath, to cena 160 zł nie robi już takiego wrażenia. Pytanie tylko, czy naprawdę lepiej byłoby, gdyby całość schować za paywallem? Czy wtedy osoby twierdzące, że Boon chce żerować na naiwnych graczach byłyby zadowolone? Przyklasnęłyby pomysłowi, aby niektóre areny i finishery są dostępne tylko dla wybrańców? Śmiem wątpić. Obstawiam, że relatywnie wysoka cena części płatnej wynika nie z chciwości, ale tego, że sporo nowych rzeczy dostępne jest dla wszystkich. A przecież także one za darmo nie powstały.

Zazwyczaj wkurza mnie, gdy patologiczne pomysły wydawców są kwitowane stwierdzeniem „nikt ci nie każe kupować”. Tu jednak nie dość, że nie dostrzegam żadnej niecnej działalności, to mam wrażenie, że naprawdę nie ma przymusu kupowania. Przynajmniej nie teraz. Darmowych nowości jest bowiem tyle, że zanim się znudzą, to płatna część Aftermath pewnie zdąży stanieć. Jedyne do czego faktycznie mogę się przyczepić, to brak możliwości kupienia nowych postaci osobno. Jeśli marzycie wyłącznie o skopaniu komuś tyłka np. Sheevą, to jedyną drogą do tego jest wydanie 160 zł. Krytykowałem takie pomysły w Street Fighterze V, więc także tutaj muszę pogrozić palcem.

Podsumowanie: Ogólnie jednak trudno zgodzić się z krytykami posądzającymi twórców Mortala o zamach na płynność finansową fanów. Zawartość Aftermath prezentuje się naprawdę dobrze i wprowadza dużo nowych elementów. A co najważniejsze, z wielu z nich skorzystacie, nawet jeśli nie wydacie ani złotówki. Miłego dnia.