Niewysoka cena na wyprzedaży w sklepie Oculusa, operująca symbolami grafika, etniczne afrykańskie rytmy prosto z Kenii – to wszystko spowodowało, że Rangi wpadło mi w oko w powodzi dziesiątków casualowych tytułów na VR.

Rangi ukazało się najpierw w wersji na Gear VR, a potem rozpoczęło życie na kolejnych sprzętach do kreowania rzeczywistości wirtualnej: na Oculusie, HTC Vuve i Google Daydream. Rzecz została zrealizowana przez całkowitych debiutantów, ludzi zgrupowanych pod szyldem Funsoft, czego nie należy mylić z Funcomem. Ekipa pochodzi z Casablanki, czyli afrykańskiej północy, dokładniej – Maroka. „Posłuchaj. Czy słyszysz rytm? Kiedyś był silny, powodując bicie ludzkich serc…”. Takie hasła na dzień dobry sugerują mistycyzm rozgrywki. W rzeczywistości Rangi jest czymś w duchu The Talos Principle.

W grze przemieszczanie odbywa się za pomocą systemu teleportacji. Cel stanowi przemieszczanie płyt, zastawek czy bloków skalnych tak, aby promień z jednego punktu przepłynął niczym rzecz do drzwi, odblokowując wejście do kolejnego świata. Oczywiście, skomplikowanie zagadek ma się nijak do tych od Croteamu, a jednak byłem zaskoczony pomysłowością wielu z nich. W tym pustym początkowo świecie pojawiają się wielkie matrioszki, kojarzące się z kolei z tworami z RiME. Wtedy Rangi robi się naprawdę trudne, bo trzeba nie tylko myśleć o poprawnej kombinacji elementów, lecz także o tym, w jaki sposób zmieścić się w slalomie pomiędzy kolorowymi wydmuszkami. To był ten moment, gdy gra mnie zmęczyła i powiedziałem jej „stop”.

Co najważniejsze jednak, to chillout. Ludzie z Casablanki stworzyli coś ogarniającego spokojem i harmonią. Doskonała rzecz do wyskoczenia na 2-3 godziny do wirtualnej rzeczywistości, w której nie ma przemocy ani strachów na lachy, a jedynie łechcące wyobraźnię geometryczne przestrzenie. Wzorowane rzecz jasna na krajobrazach z Czarnego Lądu.