Salony gier budziły wśród entuzjastów elektronicznej rozrywki tyle samo ekscytacji co strachu przed utratą kieszonkowego.

Wybór tematu na dzisiejszy tekst nie jest przypadkowy – wczoraj udało mi się po raz pierwszy ukończyć port automatowej wersji Virtua Fighter 2 na jednym „żetonie” (szczegóły i link do playthrough niżej). Skłoniło mnie to do refleksji na temat moich doświadczeń z salonami gier pod kątem wydatków, bowiem w teorii brzmi to bardzo ekonomicznie, ale w praktyce wiadomo, że żeby za dużo na te gry nie wydawać, to najpierw trzeba było całkiem sporo na nie wydać 😉

Od razu odpowiadając na postawione w tytule pytanie: w moim przypadku był to Metal Slug. Z tym powszechnie znanym i cenionym przedstawicielem gatunku run’n’gun po raz pierwszy zetknąłem się, na obozie sportowym w Okunince, niedaleko Jeziora Białego gdzieś w okolicy roku 1997-1998. Tak się złożyło, że przy ośrodku, w którym przebywaliśmy znajdowała się typowa „buda” z automatami, gdzie w wolnych chwilach dane mi było po raz pierwszy wcielić się w Marco i wycinać w pień oddziały generała Mordena.

Najwięcej żetonów wrzuciłem jednak nie w Okunince, ale jakiś czas później w Kołobrzegu, gdzie akurat przebywałem z rodziną. Być może by do tego nie doszło, gdyby nie to, że zdarzyło się tam coś, czego w sumie każdemu fanowi takich gier bym życzył – poznałem tam rywala. Nie pamiętam teraz jak miał na imię, ale na tablicy wyników wpisywał się jako „A!L”. Każdy dzień pobytu miał swoisty rytuał, w ramach którego szedłem do „budy” i patrzyłem czy dalej to moje „PAT” widnieje na górze listy high-score, czy może „A!L” mnie pobił i trzeba było spróbować to zmienić.

Czasem udawało nam się przyjść o jednej porze, ku uciesze nas obydwu. Nie było tam bowiem żadnej „złej krwi” i zawiści – każdy cieszył się, że poznał innego pasjonata tytułu. Chętnie dzieliliśmy się wiedzą, każdy mówił drugiemu jak akurat udało mu się znaleźć jakieś nowe sekrety pozwalające na zdobycie dodatkowych punktów itd. itp. To były czasy przed powszechnym dostępem do Internetu, więc jedynym źródłem takich informacji byli właśnie inni gracze.

W tym wzajemnym motywowaniu udało mi się dojść do takiego poziomu, że na jednym żetonie (a często wręcz bez straty życia) byłem w stanie dotrzeć do ostatniej misji. Tej niestety nigdy nie udało mi się bez dodatkowego wydatku przejść, bo była niebotycznie trudna w porównaniu do wszystkich poprzednich (typowe i spodziewane zagranie twórców – no bo przecież skoro dotarliśmy tak daleko, to chyba wrzucenie kolejnych żetonów, aby ukończyć całość jest uzasadnione nie?). Dokonałem tego dopiero, grając na pecetowym porcie. Wróćmy jednak na moment do Okuninki…

Oprócz Metal Slug był tam też m.in. automat z Soul Edge, a także Virtua Fighter Remix. O ile w pierwszy z tych tytułów trochę pograłem, o tyle na Virtua Fighter tylko patrzyłem, skutecznie nastraszony przez tekst Gulasha z Secret Service #36, w którym z pasją pisał jak trudną grą jest Virtua Fighter (pisał akurat o dwójce, ale „przezorny ubezpieczony”).

A zatem na tamten czas byłem nastraszony, ale jednocześnie ten sam Gulash swoim uwielbieniem dla tytułu sprawił, że jednak stałem się go ciekawy. Niestety nie dane mi było zagrać w pełną, domową konwersję VF2, bo Saturna nigdy nie miałem, a na PC miałem dostęp jedynie do wersji demo, gdzie były raptem dwie postacie i w związku z tym tylko jedna walka. Oto jednak pojawiła się okazja, żeby to nadrobić.

Mniej więcej dwa lata temu na PC wyszedł bardzo dobry port Yakuza Kiwami 2, w który wbudowana jest automatowa wersja Virtua Fighter 2. Grę otrzymałem w prezencie tydzień temu (dzięki Muflon!) i od tamtej pory nie mogłem się od niej oderwać – Gulash zdecydowanie nie przesadzał wychwalając VF2.

To co mnie urzekło w Virtua Fighter 2, mimo że gra ma ponad ćwierć wieku na karku, to temat na osobny tekst. W każdym razie moje zainteresowanie było na tyle duże, że po tygodniu zapoznawania się z grą udało mi się (jak pisałem wcześniej) ją w końcu przejść na jednym „żetonie”.

Muszę tu niestety rozwiać różne romantyczne wizje snute na temat tego tytułu, sztucznej inteligencji, która „uczy się jak walczymy” itd. itp. Być może jest to prawdziwe dla domowych konwersji, gdzie funkcjonuje tzw. „Expert Mode”, ale w przypadku automatowego oryginału AI robi dokładnie to samo co w każdej innej znanej mi bijatyce, czyli bezczelnie czyta nasze inputy i idealnie je kontruje. Oznacza to, że różnorodność ciosów, która być może byłaby atutem przy walce z człowiekiem, tutaj za bardzo nie ma racji bytu – należy po prostu znaleźć jakiś określony, prosty sposób, z którym komputerowy przeciwnik sobie nie radzi, a potem go bez skrupułów żmudnie wykorzystywać.

W efekcie, do ukończenia gry bez potrzeby wrzucania dodatkowych pieniędzy wystarczyły mi dosłownie z trzy kombinacje na krzyż, które wybierałem w zależności od przeciwnika. Wszystko to widać na playthrough (jako Sarah), które zamieszczam niżej – na postaci oparte o rzuty (Jeffry, Wolf) działa prosta kombinacja trzech ciosów zakończonych kolanem z wyskoku; na Kage i Jacky’iego wystarczy powtarzać łokieć-kolano, aż wypchniemy ich z ringu, a z Akirą byłem w stanie poradzić sobie tylko poprzez stosowanie non-stop jednego rzutu (wszystko inne mi kontrował i to z nim męczyłem się najdłużej, szukając działającego sposobu):

Chwalę się tym ukończeniem Virtua Fighter 2, bo niejako wiąże się to z pierwotnym pytaniem. Mianowicie, w Yakuza Kiwami 2 za grę na automatach trzeba płacić. Oczywiście mówimy tu o wirtualnej walucie dostępnej w grze, ale ta cecha pozwoliła mi prześledzić ile dokładnie wydałbym na tę grę pieniędzy, gdybym spróbował swoich sił „na żywo”.

Na samym początku nasz bohater ma w portfelu 30000 yenów. Jeden żeton kosztuje 100 yenów. Gdy dopiąłem swego i rozegrałem partię widoczną na filmie wyżej, w portfelu zostało mi 20100 yenów. Oznacza to, że łącznie wrzuciłem do tego momentu do automatu 99 żetonów. Jak jeszcze grałem w polskich „budach”, żeton najczęściej kosztował złotówkę, czyli aby ukończyć Virtua Fighter 2 na automatach na jednym kredycie, najpierw musiałbym wydać 99 złotych na opanowanie tytułu.

Czy to dużo czy mało (a przede wszystkim: czy warto) niech każdy oceni sam. Oczywiście oprócz pieniędzy warto mieć i szczęście, bo jeśli AI zmieni schemat postępowania, to i nasz może przestać działać – a to się zdarza. Zobaczcie chociażby walkę z Jeffry na filmie wyżej (zaczyna się na 3:57). W pierwszej rundzie w ogóle nie straciłem życia, w drugiej Jeffry się „obudził”, zablokował mi dwa razy kolanko i zrobiło się nieciekawie, a w trzeciej w pewnym momencie znowu mu się „odwidziało” i wylądował na piachu. Może miał tu wpływ jakiś szczegół typu: stanąłem pół kroku za blisko, lub za daleko przed rozpoczęciem kombinacji, ale to by wymagało głębszej analizy.

No i takie to moje wspomnienia z automatami i przygoda z portem Virtua Fighter 2. A wy na którą grę z automatów przepuściliście najwięcej złotówek? Zapraszam do dzielenia się wspomnieniami czy to w komentarzach, czy na grupie Secret Level.

P.S.:
Jeżeli również zamierzacie grać na PC w port Virtua Fighter 2 umieszczony w Yakuza Kiwami 2, to KONIECZNIE zainstalujcie SilentPatch, który m.in. znosi sztucznie zaniżony limit klatek animacji w mini-grach. Bez patcha VF2 będzie „chrupać”, a dopiero ta nieoficjalna łatka sprawia, że płynność będzie odpowiadać automatowemu oryginałowi, który chodził w 60 klatkach animacji na sekundę. Nawiasem mówiąc, patcha tego stworzył Polak (zerknijcie w sekcję „about” na stronie z patchem) 🙂