W połowie lat 90. przygodówki osiągają apogeum popularności. Under A Killing Moon, Phantasmagoria, Full Throttle czy The Beast Within pozwalają wierzyć, że gatunek ma się świetnie i jeszcze przez wiele lat będzie bawił graczy. W szranki ze światowymi gigantami próbuje stanąć rodzimy Sołtys.

Polska produkcja, przygotowywana pod szyldem Laboratorium Komputerowego Avalon, nie może oczywiście rywalizować z zachodnimi konkurentami grafiką w wysokiej rozdzielczości, animacjami full motion video czy udziałem aktorskich gwiazd, ale ma inne, istotne dla naszych graczy atuty: ruszy już na prastarym PC AT z monochromatycznym monitorem, z myślą o osobach, które nie posiadają jeszcze kart dźwiękowych, do zestawu dołączono kasetę magnetofonową zawierającą muzykę z gry, a dla miłośników literatury w instrukcji obsługi umieszczono zabawne opowiadanie.

Jest też zaleta podstawowa: humor rodem z Wąchocka. A miejscowość ta jest przecież – jak rozpowiadają dowcipnisie – tak mała, że jej mieszkańcy wysiadają z autobusu tylko środkowymi drzwiami, bo przednie i tylne są już poza wsią. Zresztą rzeczony autobus też stanowi motoryzacyjny ewenement: jest szerszy niż dłuższy, bo przecież wszyscy pasażerowie chcą siedzieć obok kierowcy. Podobno są tam również aż cztery mosty, bo dopiero za czwartym razem trafiono w rzekę. Co gorsza, sama rzeka jest bardzo wąska, więc gdy dwie ryby się mijają, jedna musi wychodzić na brzeg. Za to miejscowy ksiądz ma głos tak niski, że parafianie słuchają kazań, leżąc na kościelnej posadzce. Amatorzy tego typu żartów, w ówczesnej Polsce bardzo popularnych, mogą poczuć się w świecie Sołtysa jak w domu.

Swojskie klimaty

– Od zawsze lubiliśmy absurdalny humor z filmów braci Zuckerów – wspomina Mirosław Liminowicz, współwłaściciel Avalonu, scenarzysta gry. – „Ściśle tajne” i „Czy leci z nami pilot?” oglądaliśmy jeszcze w latach 80. na wideo. Podobał nam się także „Latający cyrk Monty Pythona”. Podobne klimaty odnaleźliśmy także w swojskich dowcipach o Wąchocku i Porażu. Tę drugą miejscowość nawet zwiedziliśmy z Danielem Kleczyńskim, naszym muzykiem, w poszukiwaniu natchnienia.

Na jeszcze jedną inspirację wskazuje programista Janusz B. Wiśniewski. – Bardzo popularny był wówczas nadawany w Polsacie serial „Świat według Bundych”, a wynikało z niego, że widz najlepiej czuje się, gdy ogląda bohaterów głupszych od siebie – mówi.

Absurdalny, swojski humor ma wyróżnić Sołtysa na tle konkurencji. Atutem przygotowującego go zespołu jest doświadczenie. Liminowicz dał się poznać graczom jako twórca kultowych wśród atarowców gier Fred i Lasermania, Wiśniewski to ceniony publicysta Tajemnic Atari oraz autor bardzo popularnego Quick Assemblera, Kleczyński, muzyk rzeszowskich undergroundowych zespołów, odpowiadał wcześniej za ścieżkę dźwiękową znakomitego Electro Body duetu Pelc i Miąsik. Janusz B. Wiśniewski do współpracy zaprasza jeszcze debiutującego w branży grafika po katowickiej ASP Łukasza Pisarka.

Oczekiwania są duże. Sołtys pozwoliłby zaistnieć Avalonowi na pecetowym rynku. Firma jest w przełomowym momencie: wcześniejsze próby podbicia serc pecetowych graczy komnatówkami w ośmiobitowym stylu (Smuś, Spy Master) nie powiodły się, Atari XL/XE i Commodore 64, na których Avalon odnosił największe sukcesy jako producent i wydawca, to platformy już niemal wymarłe, a kupowane za bezcen od nastoletnich amatorów gry na Amigę (takie jak katastrofalny Agent Czesio) nie mogą konkurować z profesjonalnie przygotowywanymi produkcjami zachodnimi. Gwiazda rzeszowskiej firmy zaczyna blednąć. Sołtys ma tę sytuację zmienić, choć również przygotowywany jest w warunkach chałupniczych – na prywatnych komputerach w mieszkaniach autorów.

– W swojej pracowni nie miałem nawet telefonu stacjonarnego – wspomina Łukasz Pisarek. – Gdy czegoś nie wiedziałem, schodziłem do budki telefonicznej pod budynkiem i dzwoniłem do Janusza, z pytaniem, jak to zrobić w silniku, który tworzył. Gdy udało mi się wyłuszczyć, o co chodzi, kończyły się żetony, a zanim dotarłem na górę, nie pamiętałem połowy z tego, co mówił.

Między geniuszem a beznadzieją

W 1995 roku, gdy ukazuje się Sołtys, poprzeczka zawieszona jest wysoko. Przecież Beneath a Steel Sky, I Have No Mouth, and I Must Scream, Discworld czy Prisoner of Ice udowadniają, że przygodówki mogą już opowiadać historie godne literatury czy filmu. Oczywiście Sołtys nie ma aż takich aspiracji. W polskiej produkcji gracz, wcielając się w tytułowego bohatera, próbuje namówić Leona, niedoszłego zięcia, który zobaczywszy pannę młodą – jedyną córkę sołtysa, uciekł sprzed ołtarza, by jednak złożył przysięgę małżeńską. W drodze do końcowego sukcesu będzie musiał m.in. rozwinąć asfalt na drodze (wiadomo przecież, że w Wąchocku jest on zwijany na noc), naoliwić piszczącą mysz, zobaczyć słynny szeroki autobus czy poczęstować winem kościelnego, który rzuca w dzwonnicę kamieniami (dlatego trzeba koło niej przejść w kasku). „Niejednokrotnie przechodząc do nowej lokacji, wybuchałem śmiechem, ponieważ od razu przypominał mi się dowcip zabawnie zilustrowany na ekranie” – pisze rozbawiony tą fabułą redaktor Świata Gier Komputerowych. Na to, że jest ona w zasadzie zlepkiem niepołączonych ze sobą gagów, zwraca z kolei uwagę recenzujący Sołtysa w Top Secret Marcin Borkowski. „Oscyluje między geniuszem a beznadzieją, ale z przewagą tego pierwszego” – piszą Alex i Gawron, recenzenci Gamblera. Na pewno nikt jednak nie może zarzucić autorom braku oryginalności.

– Oczywiście znaliśmy gry zachodnie, ale jako młodzi i gniewni nie padaliśmy przed nimi na kolana – wspomina Mirosław Liminowicz. – Nie chcieliśmy kopiować cudzych rozwiązań, skoro własne pomysły wydawały nam się lepsze.

W całości autorska koncepcja

Niestety, daleko idące nowatorstwo dosięga też interfejsu gry. Kontrowersyjne jest już poruszanie się między lokacjami, co robi się przy pomocy zestawu numerowanych przycisków, uaktywnianych w miarę postępów w fabule. „A dlaczego nie przez wyjście za brzeg ekranu, jak to zwykle bywa w takich grach? Dlaczego nie za pomocą mapy?” – dopytują wyraźnie zirytowani Alex i Gawron. Jednak o ile nieintuicyjną nawigację można jeszcze przeboleć, o tyle katastrofą okazuje się konieczność wcześniejszego podchodzenia sołtysem (lewy przycisk myszy) do każdego przedmiotu, którego zamierza się użyć (prawy przycisk myszy). Dwa kliknięcia zamiast jednego denerwują graczy, a sam bohater wzmaga jeszcze ich złość, gdy bez wyraźnego powodu reaguje na polecenie przekornym i pozbawionym logicznego uzasadnienia „a właśnie, że tam nie pójdę”. A przecież wystarczyło zagrać w dowolną przygodówkę Sierry czy LucasArts, by zobaczyć, że interfejs może być bardziej przyjazny.

Kontrowersje budzi także grafika z charakterystycznymi tłami, który wyglądają jak malowane farbami wodnymi, co nie jest efektem często widzianym w grach. – Rysowałem je bezpośrednio na komputerze – wspomina Łukasz Pisarek. – Próbowałem przy tym przenieść na ekran reminiscencje ze świata, w którym wówczas funkcjonowałem: nawiązania do „Babiego lata” Chełmońskiego czy „Lekcji muzyki” Vermeera. Nie wiem, czy ktoś to w ogóle zauważył.

– Animacja much fruwających w jednej ze scen jest natomiast wykonana według mojego pomysłu – opowiada Janusz B. Wiśniewski. – Owad składa się z trzech pikseli w fazie lotu z rozłożonymi skrzydłami, a z jednego piksela, gdy zbiera się do wymachu. To w całości autorska koncepcja.

– Generalnie wszystko miało być właśnie takie trochę chropowate i nieudolne, aby pasowało do przedstawionego świata – tłumaczy programista. – To dotyczy również inspirowanej folklorem muzyki Daniela Kleczyńskiego. Moim zdaniem, wyszło aż za dobrze, bo odbiorca niekoniecznie musiał dostrzegać przymrużenie oka w tych banalnych rytmach i mógł pomyśleć, że artysta lepiej nie umiał.

W atmosferę siermiężności wpisuje się także samo uruchamianie programu, który wymaga 600 kB pamięci konwencjonalnej, przy równoczesnym zainstalowaniu zewnętrznego sterownika myszy. Dla mniej doświadczonych użytkowników peceta może okazać się to trudnym zadaniem, na szczęście instrukcja obsługi Sołtysa przynosi cenne porady: „należy umieścić DOS w tzw. HMA, wykluczyć ładowanie dodatkowych driverów i programów rezydentnych, nie używać nakładek takich jak Norton Commander. Jeśli masz tylko 599 kB wolnej pamięci, spróbuj, może się jeszcze zmieścisz”.

Mimo wad i kontrowersji nowa gra Avalonu zbiera pozytywne recenzje w polskiej prasie. Świat Gier Komputerowych ocenia go na 90%, Gambler przyznaje 100% w kategorii „pomysł”, Secret Service 85% w kategorii „miodność”, a Top Secret 8/10 za całokształt. Ma jednak pecha, bowiem musi walczyć o serca i portfele graczy nie tylko z wyżej wymienionymi produkcjami zachodnimi. W tym samym czasie na rynku ukazują się także znakomite polskie przygodówki: stworzony przez Metropolis Adriana Chmielarza Teenagent i zaskakujący Skaut Kwatermaster debiutującego w branży Roberta Hebera (ten drugi tytuł też wyda LK Avalon). Obie, oferując oryginalne scenariusze, ale korzystając ze sprawdzonych zachodnich wzorców w zakresie oprawy i interfejsu, znacznie bardziej spodobają się graczom. Rok później AD 2044 Rolanda Pantoły udowodni, że w Polsce można już tworzyć gdy przygodowe na światowym poziomie. O będącym odważną próbą wyjścia poza schematy rządzące gatunkiem Sołtysie wszyscy szybko zapomną.

W 1997 roku zespół pod kierownictwem Janusza B. Wiśniewskiego powróci do przygodówek komediową grą Sfinx, w której gracz, sterując tym razem dwojgiem małoletnich bohaterów, musi pomóc awaryjnie lądującemu na Ziemi kosmicie. Sfinksa wyda dowodzone nadal przez Mirosława Liminowicza Laboratorium Komputerowe Avalon. Łukasz Pisarek na dobre zwiąże się ze światem elektronicznej rozrywki: w Detalionie razem z Rolandem Pantołą będzie pracował nad Reahem, Schizmem i Sentinelem, w City Interactive stworzy serię Art of Murder (programistą w tym projekcie zostanie Wiśniewski) i Chronicles of Mystery. Daniel Kleczyńki skomponuje muzykę do wielu z tych gier, będzie mógł wykazać się również przy Wiedźminie. A cała ta historia zaczyna się właśnie przy Sołtysie – „chropowatym i nieudolnym”, ale naszym, swojskim.

I jeszcze jedna informacja: Wąchock odzyskał prawa miejskie rok przed premierą gry, w związku z czym władzę sprawuje tam burmistrz.

Artykuł ukazał się w Pixelu #15, którego nakład został już wyczerpany. Zapraszamy jednak do sklepu Pixela po inne wydania drukowanego magazynu oraz po wersje cyfrowe Pixela.