W piątkowy poranek wziąłem aparat i pojechałem autobusem do wschodniej części San Francisco, skąd startuje okrążająca obszar zatoki kolej Caltrain. Potężna, dwupoziomowa bestia z zawsze odpowiednią liczbą wygodnych foteli stanowi najlepszy środek transportu przez komputerowe zagłębie dla osób nieposiadających samochodu. W ciągu godziny z zapyziałych przedmieść nastąpiła teleportacja do jednopiętrowej zabudowy i palm, wśród których rodziły się  symbole świata komputerów i elektronicznej rozrywki. Mój plan był nieprosty: odwiedzić cztery miejsca mocy dawnej Doliny Krzemowej.

Electronic Arts

Pierwszym przystankiem na mapie było San Mateo. Ziemia hiszpańskich kolonistów, którzy założyli Ranczo Much; potem żyło tu dwóch słynnych bankierów, a w czasach bardziej współczesnych okolica stała się zagłębiem kwiatowym, ściągając do pracy fizycznej setki imigrantów. W latach sześćdziesiątych wzniesiono większość niezbyt ciekawej zabudowy przypominającej rodzime, zdrowo sypiące się domki na ogródkach działkowych. Aż wreszcie na ostatnim zakręcie swej historii San Mateo stało się najbardziej położonym na zachód ogniwem Doliny Krzemowej.

W miasteczku nie interesowała mnie jednak siedziba modnego ostatnio GoPro, lecz ślady po Electronic Arts. O powstaniu firmy opowiadał w Pixelu #06 Jeff Burton. Po tym, jak Trip Hawkins zabezpieczył finansowanie przez Sequoia Capital, pierwsza siedziba Electronic Arts mieściła się w Menlo Park w jednym z biur inwestora, gdzie rekrutowano nowych pracowników. Gdy wkrótce zaczął rozrastać się dział dystrybucji i pojawiła się potrzeba ekspansji, Hawkins wybrał San Mateo, żeby nie mieć daleko ze swojej słynnej luksusowej willi, którą opisywał Jeff Burton.

Dojazd do północnych rubieży miasteczka nie jest prosty. Na autobus czekałem prawie godzinę, a po kwadransie wyrzucono mnie tuż obok rozjazdów drogi szybkiego ruchu. Trzeba się wdrapać na estakadę i przejść jej boczkiem nad rzeką, by oczom objawił się tak dobrze znany widok z dawnych reklamówek Electronic Arts: trzypiętrowy budynek o białej fasadzie, stanowiący trzy dekady temu szczyt nowoczesności. Siedziba znajduje się wśród drzew iglastych, ale ogólnie nie robi z zewnątrz piorunującego wrażenia, głównie z powodu niewielkiej działki, na której się znajduje. Dopiero gdy się uzmysłowi, że w jej murach Richard Garriott prosił Larry’ego Probsta o kupno Origin Systems albo Peter Molyneux został mianowany wiceprezesem EA, narasta szacunek dla oszklonej białej bryły. Słynne zdjęcie Tripa Hawkinsa w towarzystwie Apple II zostało wykonane właśnie tuż po przeprowadzce do tej dzielnicy San Mateo, zwącej się Foster City.

W 1996 roku Electronic Arts wyemigrowało dalej, do Redwood City. To zupełnie inna okolica, bardzo prestiżowa i malownicza, aczkolwiek bez żadnej wpadającej w ucho historii. Natura chciała, że rejon został poszarpany zatoczkami niczym kiełbasa przez włożeniem na grilla, tworząc półwyspy, na których od początku lat osiemdziesiątych zaczęły się osiedlać rekiny biznesu. W 1986 roku dookoła jeziorka, gdzie wcześniej rezydowała wypełniona delfinami atrakcja Marine World, zagnieździło się Oracle. Zjawiły się też Visceral Games (Dead Space) czy zapożyczający biednych Provident. Jednak okolica stała się słynna, gdy swój kampus uruchomiła tutaj przygotowująca się dopiero do wydania The Sims korporacja Larry’ego Probsta.

W piątek na tych otoczonych wierzbami alejkach nie było żywej duszy. Pomyślałem przez chwilę, że trafiłem na święto państwowe, ale ekipa sprzątaczy („Jak widzisz, my dziś pracujemy”) uświadomiła mnie, że w piątki w Dolinie Krzemowej większość pracowników ma wolne i działają zdalnie z domu, przygotowując się do wyjazdu na weekend. W wielkiej stołówce, której jedna ze ścian ozdobiona była logo Battlefield 4, nie zjawił się nawet kucharz. W pozbawionym ludzi środowisku lepiej chyba czuć rozmach i przestrzenie całego kompleksu Elektroników. Warto też mieć w głowie myśl, że jakieś dwa kilometry na wschód znajdowała się niegdyś siedziba Ampeksu, w której poznali się Nolan Bushnell i Ted Dabney, co doprowadziło do powstania Atari.

Szyszki na Borregas Avenue

Do północnej części Sunnyvale najlepiej dojechać szybką kolejką z Mountain View. Przystanek jest przy samym Borregas Avenue, dokładnie przy budynku oznaczonym numerem 1272, w którym pracowała ekipa odpowiedzialna za Atari 2600. Rzut oka na mapkę sprzed prawie 40 lat pokazującą usytuowanie kilkunastu kolejnych budynków unaocznia, kto był tu głównym najemcą.

Świątynię kultu Atari dopadły porażające wieści. Główny budynek pod numerem 1265 – czyli pierwotna kolebka firmy z Nolanem Bushnellem, a potem Rayem Kassarem jako dyrektorem generalnym – został kupiony w zeszłym roku za 24 miliony dolarów przez grupę kapitałową z Los Angeles. Niezły interes, wziąwszy pod uwagę, że sprzedawca trzy lata wcześniej dał za niego dwa razy mniej. Posiadłość 1272 nabyła ta sama grupa. Teraz zamierza ona unowocześnić oba biurowce, a następnie, jak sugerują lokalne źródła, odsprzedać je Google’owi. Nieco wcześniej przeglądarkowy monopolista wyasygnował łącznie 250 milionów dolarów na zakup nieruchomości w Sunnyvale. Mountain View jest tuż za rogiem, ale tam już brakuje uzbrojonych działek do przejmowania i natychmiastowego obsadzania pracownikami.

Wygląda na to, że kolejny symbol dawnego świata gier wideo zostanie wchłonięty przez internetowych magnatów. Pod numerem 1265 stara bida, wszystko zamknięte na cztery spusty, ale w przyszłym roku zapewne zjawi się tu już Google, a wraz z nim w wyglądające obecnie nieco pustynnie Borregas Avenue wstąpi nowy żywioł. Pustynnie jak wtedy, gdy ulokowane na tym terenie w XIX wieku Rancho Pastoria de las Borregas słynęło jako wybieg dla owiec.

Dawna siedziba Jacka Tramiela na Borregas Avenue trochę od zeszłego roku podupadła. Zmniejszyła się liczba najemców, a sam budynek wydaje się opustoszały. Szczerze powiedziawszy, to nie bardzo chciałoby się tam pracować, bo do najbliższego kompleksu, gdzie można rozprostować nogi, coś zjeść i kupić, jest kilka kilometrów. Poza tym panuje tu korporacyjny spleen, w którym najbardziej niezwykłe widoki stanowią leżące na ziemi ogromne szyszki. Przebłyski artyzmu w tym sprofilowanym świecie.

Palo Alto

Kto wie, czy to nie jest prawdziwe serce Doliny Krzemowej. Odpowiednio stare, obrosłe gałęziami historii, a jednocześnie wciąż bijące, stanowiące centrum całego krwiobiegu. Nazwa miasteczka pochodzi od sekwoi wiecznozielonej, wielkiego okazu, który do dziś rośnie w lokalnym parku. Po hiszpańsku tłumaczy się to właśnie jako „palo alto”.

Wyszedłszy ze stacji Caltrainu, człowiek zderza się z klarowną sytuacją – z prawej strony Uniwersytet Stanforda, z lewej uliczka pełna kuchni z całego świata i butików, w których raczej nie kupi się na przecenie spodni Leviego Straussa. Nauka kontra przyjemności.

Na Stanford prowadzi ciągnąca się przez kilometr albo i lepiej Palm Drive, nazwana zgodnie z tutejszą manierą dokładnie tak, jak wygląda. Teren uniwersytetu jest ogromny, w większości zielony, pełen nieuregulowanych zakamarków. To na nim właśnie znajduje się szpital, do którego niemal równych pięć lat temu przywieziono Jacka Tramiela z zaawansowaną chorobą wieńcową i gdzie wielki czarodziej komputerów domowych zmarł. Kawałek dalej znajduje się dość surrealistyczna część kampusu, przypominająca scenerię niczym z Kyrandii czy innego Labyrinth of Time, gdzie wśród zieleni umieszczono na postumentach czarne rzeźby. Widać stąd główny dziedziniec uniwersytetu, w którego murach kształcili się William Hewlett, David Packard, Trip Hawkins czy Larry Page z Google’a.

Przechodząc tunelem po torami, wchodzi się do innego świata, niczym z „Dynastii”. Drogie samochody dostojnie mruczą na ulicach, nikt się nie wpycha przed drugiego, zaś zapachy z kuchni ostrzegają, żeby bez 40 dolarów w kieszeni nie zajmować bez potrzeby stolików.

Kilkaset metrów w bok od tego luksusu mieści się pomnik dziedzictwa narodowego, zamknięty dla zwiedzających, a przecież tych zwiedzających nie było zbyt wielu. Dokładniej: byłem tylko ja i ani żywej duszy w na całym Addison Avenue. To tam mieści się garaż, w którym Hewlett z Packardem zaczęli nawiązywać współpracę, która doprowadziła do utworzenia ich firmy.

Idę dalej Waverley Street obok rezydencji jakiegoś człowieka, który wybudował sobie prywatne obserwatorium, mijam luksusy świata doczesnego, same wille licytujące się, która jest ładniejsza, aż w końcu w starej części dzielnicy dochodzę do numeru 2101, ascetycznego domu oddzielonego od ulicy półmetrowym płotkiem. Na trawniku rosną żonkile, okien nie chronią żadne kraty. W środku żywej duszy. W tych murach zmarł Steve Jobs. Gdy przestawi się jedną cyferkę w adresie, otrzymujemy nawet dokładny rok tego zdarzenia. Nigdy nie byłem fanem produktów tego człowieka, jednak słuchając jego archiwalnych wypowiedzi, nie da się uciec od wrażenia, że miał ciąg do wielkich spraw, poza tym ile rzeczy by się nie wydarzyło w growym światku, gdyby nie Apple II czy Macintosh. Ten jego dom, z którego chciał co prawda uciec do Europy, ale nie zdążył, stanowił symbol, jak mocno przynależał do Doliny Krzemowej, stając się częścią lokalnego kolorytu.

Byte w mieście Google’a

Mountain View już z okien Caltrainu wydaje się ładne, pewnie przez te rosnące przy torach iglaki. Deweloperka szaleje, wznosząc kolejne trzypiętrowe apartamentowce dla lokalnych pracowników wyższych szczebli.

Googleplex, czyli centrum galaktycznej korporacji, był wcześniej siedzibą zwijającego się na wszystkich możliwych płaszczyznach Silicon Graphics. Obecnie stanowi otwarte dla ludzi miasteczko, w którym można zrobić sobie zdjęcie z zielonym androidem, pospacerować czy pograć w siatkówkę, co wcale nie przeszkadza pracującym wokół ludziom Larry’ego Page’a.

Mountain View przecina Bayshore Freeway. Nie pomylę się zbytnio, jeśli powiem, że wszystko na północ od tej przelotówki zajęte jest obecnie przez Google’a. Jakieś sto biurowców i to wcale niemałych, z których część mijałem podczas spaceru leśnymi ustępami, to chyba największa armada, jaką zna Dolina Krzemowa. Wykupili lub wynajęli wszystko, co się dało, i teraz ekspansja idzie na wschód, by ożywić nieco oklapłe Sunnyvale. Patrzyłem przez szyby na parterze, co znajduje się w jednym z biur ludzi Google’a – i okazało się, że to, co zwykle w tutejszych pracowniach – pojedyncze monitory (bez mody na dwa zestawione ekrany), wielki bałagan na biurkach, a pod nogami jakieś nieuprzątnięte pudła i pudełeczka. Wiele rzeczy w okolicy należy do pięciu kolorowych literek. Nawet ławki w Parku Zasłużonych mają wygrawerowane stosowne logo.

Przeszedłem jakieś cztery kilometry na południe, szukając śladów po najsłynniejszym 40 lat temu sklepie sprzedającym komputery. Mieścił się przy dwupasmówce El Camino Real, po przejściu przez centrum Mountain View, gdzie „inżynierowie oprogramowania” mogą wyskoczyć na szybki lunch. Sklep nazywał się Byte, został założony w 1975 roku przez wszędobylskiego Paula Terrella, a do historii ów schludny pawilonik wszedł po tym, gdy zaczął jako pierwszy sprzedawać Apple I i to nie samą płytę główną, jak pierwotnie zamierzali Jobs z Wozniakiem, lecz hardware opakowany w drewnianym futerale z bonusową klawiaturą oraz zasilaczem. Dziś mówi się o Byte jako o pierwszym dilerze Apple. Sklep szybko rozmnożył się do rozmiarów sieci, którą następnie Terrell sprzedał i zajął się nowymi biznesami.

Żeby do dawnego Byte dotrzeć, trzeba na dziko przesadzić El Camino Real, bo światła są dość daleko. Widok jest dość przygnębiający. Sklep obecnie poszukuje najemców. Cena podana jest w stopach kwadratowych, co przeliczając na metry kwadratowe, otrzymujemy około 38 dolarów za metr kwadratowy. Co by nie mówić, kilka ładnych, jeśli nie dziesięć razy drożej niż w Warszawie. Oferta wisi od września 2016 roku i na razie chętnych najemców brak. Jeśli znajdzie się chętny, to z pewnością będzie to firma, która naustawia w środku komputery i posadzi ludzi. Sklep na pewno się tu nie odrodzi. Luźno stojących sklepów w Dolinie Krzemowej już nie ma. Wymarły jak dinozaury po tym gdy Google i inni zaczęli rozwijać internet.

Był już wieczór, gdy wracałem do San Francisco. Myślałem o tym, że poza Elektronikami nikomu z początku lat osiemdziesiątych nie udało się utrzymać w podobnej skali do dziś. Mowa o branży gier, bo w filmie czy wśród producentów hardware takich jak Apple zmiany w skali globalnej zachodzą wolniej. Elektroniczna rozrywka zawsze była dynamiczna i podatna na zawirowania, a dinozaurom było przystosować się do nowych warunków. Decyzja jednego człowieka potrafiła uszkodzić wielką firmę, liderzy często tracili entuzjazm i porzucali swe zajęcia. Dość powiedzieć, że „ojciec gier wideo” Nolan Bushnell był aktywny na tym polu właściwie tylko przez siedem lat. Ralph Baer jeszcze mniej. Potem brali się za coś innego, a ich miejsca zajmowali następni, którzy chcieli zmienić świat.

I ten świat się zmienił. Tylko ma się czasem wrażenie, że w elektronicznej rozrywce odbywało się to niezależnie od losów jej kreatorów, zupełnie jakby za sznurki pociągał uśmiechnięty złośliwie czerep Guardiana.

Artykuł ukazał się w Pixelu #26, którego nakład został już wyczerpany. Zapraszamy jednak do sklepu Pixela po inne wydania drukowanego magazynu.