Mieliśmy okazję pograć w najnowszego builda Code Vein w siedzibie Cenegi. Gra będzie miała premierę 27 września i mimo że jest już prawie ukończone, Bandai Namco wdraża uwagi, jakie otrzymał od fanów i testerów na etapie bety.

Ta gra nie tyle nawet duchowy spadkobierca Dark Souls, co sprytny pomysł, jak stworzyć nowe IP i mieć je na własność, a nie pozostawać jedynie dystrybutorem dzieł FromSoftware. Bandai Namco praktycznie kopiuje mechanikę Soulsów. Mamy więc będące miejscem zmartwychwstania ogniska, odpowiedniki flaszeczek estusu, odradzające się potwory czy walkę z bossami, w połowie której ci przeżywają cudowne ożywienie. Jest znajomo, tyle że turpistyczny sztafaż monstrów i bohaterów zamieniono na styl anime, troszkę przypominający mi stylem i klimatem coś z pogranicza Devil May Cry i NieR: Automata.

Poza tym Code Vein to także rozwój postaci, awansowanie jej na kolejne poziomy, no i drzewko umiejętności. Statystyki są tu o wiele bardziej rozbudowane niż w surowych Soulsach. Brakuje napisu You Died, bo i ginie się jednak znacznie rzadziej niż u FromSoftware. W ogrywanych przez nas etapach walczyliśmy w duecie z kompanem i białą panią, przez co w wielu pojedynkach wystarczyło zrobić kilka uników i wystawić zdezorientowanego delikwenta na ostrzał z magicznej lagi naszej towarzyszki. Klawisz umożliwiający soulsowego fikołka-unik to absolutna podstawa. Właściwie bardziej naturalny sposób poruszania się po nieprzyjaznych terenach niż normalne chodzenie.

Intro pokazuje wspaniale postapokaliptycznie miasto, natomiast nasze misje rozgrywały się w jaskiniach. W niektórych miejscach drogę blokuje niewysoki kawałek betonu, ale do czorta – nie da się go przeskoczyć! W sumie bezimienny rycerz z Soulsów też nie wykazywał w tej kwestii żadnych zdolności.

Ogólnie będzie to bardzo ciekawe otwarcie tej jesieni, najbardziej rasowy naśladowca FromSoftware pracującego obecnie nad Elden Ring. Pełną wersję zrecenzujemy w Pixelu #52.