Wszyscy tylko „Gwiezdne wojny” i „Gwiezdne wojny”, więc to dobry moment, żeby zagrać sobie w Star Trek Bridge Crew.

Historycy gier wideo będą wspominać te czasy jako fotelowe – najłatwiej posadzić gracza w jakimś fotelu i niech sobie naciska przyciski na panelach. Ileż to problemów rozwiązuje! A czy jest lepszy fotel niż fotel kapitana gwiezdnej floty? Nie sądzę.

Kosmos, ostateczna granica. Oto są podróże kapitana MRW, który po wejściu do holodeku PS VR stwierdził, że mu urosły piersi i że ma całkiem zgrabne nóżki w tej miniówie. Chyba przeoczyłem ekran, na którym się ustawia awatara.

Muszę przyznać, że to dość rozpraszające, chociaż nie aż tak, jak w Starblood Arena, gdzie spędziłam pół godziny gapiąc się sobie w dekolt.

Star Trek Bridge Crew to świetny pomysł na grę – umieścić kilka żywych osób na mostku kosmicznego krążownika i niech sobie razem latają. Oczywiście, wymaga to posiadania znajomych. Jak ktoś jest samotnym astronautą to pozostaje mu towarzystwo botów.

Ale i tak jest całkiem zabawnie. Tak się powinno latać po kosmosie – wyznaczam kurs i każę załodze skakać, lecieć czy co tam; koniec z traumą samotnej nawigacji we Frontier, z jej fizyką i dopasowywaniem obrotów do obrotów stacji, jakbym była jakimś ratującym ludzkość nieszczęśnikiem z „Interstellar”.

Uwielbiam, że można nacisnąć czerwony guzik i włączyć WHOOP WHOOP RED ALERT. Uwielbiam, że można odpalić torpedy fotonowe. Zupełnie jak w Star Treku!

Uwielbiam Vulcanów, logicznych i opanowanych, jak ten typek, który siedzi przy płonącym biurku i nawet mu szpiczaste ucho nie drgnie. Ten pożar to moja wina, nie odleciałam na odpowiednią odległość przed odpaleniem torped w stronę przeznaczonego do zniszczenia wraku. No cóż.

THIS IS FINE

Prolog wprowadza powoli w różne aspekty sterowania wielkim statkiem kosmicznym, poprzez proste misje: trzeba zeskanować podejrzaną jednostkę, wykonać skok warp do innego układu, potem polatać po nim. wykonując różne zadania typu „ratowanie rozbitków”, a gdy już się z nimi wszystkimi uporamy, dowództwo wysyła nas na nową misję na skraj strefy neutralnej.

Poleciałam i tam i co się okazało? Trzeba uratować załogę Kobayashi Maru, uwięzioną w neutralnej strefie, narażając się na rozniecenie konfliktu z Klingonami.

W tym momencie straciłam zainteresowanie tą misją. Każdy wie, co jest Kobayashi Maru. To niemożliwy do wygrania scenariusz, który ma nauczyć kosmicznych kadetów pokory. Że nie zawsze da się wygrać. Albo uratujesz załogę, albo zapobiegniesz wojnie. Tak czy siak, porażka.

Tylko, że scenariusz Kobayashi Maru zadział jako nauczka, jeśli się nie wie, że to Kobayashi Maru i o co w nim chodzi. Skoro z góry wiedziałam, że to misja, której przejść się nie da, to nie zbyt się do niej przyłożyłam. Uratowałam 30 ludzi, zestrzeliłam 3 jednostki Klingonów, ryzykując konflikt. Potem Kobayashi Maru wybuchł, wciąż z ludźmi na pokładzie, a ja dostałam gratulacje.

Może dlatego ten Vulcan się nie przejmował pożarem, bo to wszystko była symulacja?

Za dużo warsty ironii, jak dla mnie. Jestem facetem siedzącym w symulacji kobiety siedzącej w symulacji. A może tych warstw jeszcze więcej, jak w Avalonie? VR to niebezpieczna zabawa.