Nowa seria podchodzi z dużym szacunkiem do dziedzictwa Gene’a Rodenberry’ego.

Bardzo trudno jest odpowiedzieć na pytanie „czym jest Star Trek?”. Dla fanów gwiezdnego Casanovy, kapitana Kirka i jego opartych na mocnym kiczu przygodach, twór Rodenberry’ego to przede wszystkim magia odkrywania nowych światów i cywilizacji, tonięcia w futrzastych kosmitach i zmagań z humanoidalnymi kosmitami robiącymi dziwne miny. Ci, którzy preferują The Next Generation powiedzą, że to seria o kosmicznej rodzinie, która dużo czasu spędza grając na instrumentach i bawiąc się w kinie przyszłości, regularnie łamiąc zasady, których rzekomo się trzyma, z nieco lepszym budżetem, dobra mniej-więcej od momentu, gdy pierwszy oficer postanawia wyhodować brodę.

Deep Space Nine zakopało się mocno w polityce i mistycyzmie, zadając dużo egzystencjalnych pytań, na które często nie potrafiło odpowiedzieć i serwując sporo szpiegowskich przepychanek z ludźmi, których ideały nie pozwalały na nieczyste zagrywki. Voyager był najbardziej militarystycznym z seriali, miał też kilka z najciekawszych postaci w całym uniwersum – Doktora i Siedem – a Enterprise cofało nas na sam niemal początek przygód ludzkości wśród gwiazd i zmuszało załogę do zmagania się z obcym i groźnym wszechświatem – tak samo, jak poprzednie serie, ale jednak inaczej. Skupiony na podróżach w czasie wątek przewodni serii bywał zresztą momentami bardzo męczący, bo stosunek czekania, aż coś się zadzieje do samych wydarzeń nie koniecznie był korzystny.

Filmy to także osobna para kaloszy. Z tych starych co drugi był dobry i oferował solidną rozrywkę oraz emocjonujące chwile (na czele z legendarnym „Khaaaaaaaan!” Kirka), ale zdawały się – i były – momentami doczepione na siłę, by uszczknąć nieco chwały minionej tej bardzo solidnej serii. Gdy J. J. Abrams zabrał się za nowe filmy, podszedł do Star Treka jak psychol z buldożerem, odrzucając mnóstwo ustalonych wydarzeń i łamiąc sporo z kanonu Star Treka na rzecz własnej wizji. Kiedy zresztą zażądał od właścicieli praw do seriali, by zaprzestali emisji starych star trekowych seriali i filmów, by nie mieszać w głowach widzom poznającym ST od strony jego własnej, zmienionej chronologii i napotkał odmowę, zrezygnował z produkcji z przytupem, przeskakując do tworzenia własnej wersji Gwiezdnych Wojen.

W sercu Star Treka leży jednak kilka ważnych założeń, których każda seria starała się mocniej lub słabiej trzymać – ludzkość doszła do punktu, gdzie nikomu nie brakuje podstawowych dóbr i wygód, a Gwiezdna Flota poświęca czas eksploracji galaktyki i odkrywaniu jej tajemnic, zaniedbując (momentami w wręcz karygodny sposób) kwestię rozwoju marynarki wojennej. Bohaterowie żyją obcymi nam ideałami, bo po 3. Wojnie Światowej wreszcie ponoć zmądrzeliśmy. Panuje równość, którą nie zawsze widać na ekranie, a nasi bohaterowie niosą oświecenie i pomoc wszystkim tym, którzy zgodnie z przepisami i obostrzeniami Gwiezdnej Floty nieść je mogą.

Star Trek Discovery, którego drugi sezon dobiegł właśnie końca, odnosi się do tego dziedzictwa serii z dużym szacunkiem, jednocześnie realizując je całkiem po swojemu. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest fakt, że równość wzięto w nim, po raz pierwszy w historii serii, bardzo na poważnie – proporcje kobiet i mężczyzn, osób kolorowych, białych i kosmitów są tutaj wypośrodkowane, a choć Abrams w swoich filmach zdawał się nieco bardziej szaleć z przewijającymi się w tle kosmitami, na Discovery obcy, także ci z nieznanych wcześniej ras, potrafią grać pierwsze skrzypce. Ilość kobiet w załodze rzuca się dość mocno w oczy głównie dlatego, że nie jest serialowym standardem, ale działa doskonale. Tak, jak The Original Series stanowiło pewien przełom, gdy pokazało widzom czarnoskórą kobietę w roli oficera na statku, a potem zaszokowało wielu, prezentując jeden z pierwszych pocałunków między dwiema osobami o różnych kolorach skóry, tak Discovery próbuje przesunąć granicę tego, co znaczy równość.

Siłą Discovery nie są jednak kobiety i ich ilość na pokładzie a to, jak mocno serial, chronologicznie jeden z pierwszych w uniwersum, próbuje się trzymać tego, co zostało już wcześniej stworzone. Od konfrontacji z Muddem, w pierwszym sezonie, po cały odcinek oparty na fabule pilota do Oryginalnej Serii, przez wojnę z Klingonami i staranne tłumaczenie, jak pewne bardziej nowoczesne (lub nierealistyczne z punktu widzenia uniwersum) elementy trafiły do niego i są na miejscu, pomimo pozornego niedopasowania. Czasem wychodzi to zgrabnie, czasem wydaje się trochę wysilone lub wręcz zabawne (jak w przypadku kapitana Pike’a i jego awersji do holo-komunikacji), jednak wysiłek włożony w to, by zakryć różnice powstałe przez kilkadziesiąt lat powstawania kolejnych seriali jest bez wątpienia godny podziwu. Wykorzystanie naprawdę dużych, kanonicznych elementów uniwersum, takich jak Spock, któremu nagle doczepiono siostrę, z początku wydaje się mocno absurdalnym zabiegiem, mającym zwrócić uwagę fanów. Koniec końców jednak cały ten wątek został bardzo zgrabnie spięty z fabułą serialu, a przejście dziwnego, brodatego Spocka do tego, który pojawia się koniec końców w TOS wydaje się całkiem naturalne i logiczne.

Tym, co wyraźnie odcina nowy serial od większości starych jest ciągła, konsekwentnie realizowana fabuła i odchodzenie od formatu „planety tygodnia”, na którym zbudowano większość poprzednich serii, poza Deep Space Nine. Choć podobną, „główną” fabułę miał już Enterprise i w pewnym, bardzo umownym stopniu Voyager, tutaj jest ona bardzo wyraźnie zarysowana i praktycznie nigdy nie schodzi na drugi plan. Tak, dalej skaczemy między planetami, dokonując niesamowitych odkryć, a fantazja projektantów niektórych z odwiedzanych przez bohaterów miejsc zasługuje na pochwałę, ale widoczki i ciekawy, nowy kosmita pojawiający się w danym odcinku praktycznie nigdy nie są w centrum uwagi – to dodatki do toczącej się fabuły.

Discovery nie jest bez wad: format serialu odbiera scenarzystom czas na pokazywanie relacji między postaciami, które w poprzednich serialach zjadały duże fragmenty odcinków. Poza dwoma nieszczęśliwymi romansami zobaczyliśmy tu relatywnie niewiele prywatnego życia postaci, poza momentami naprawdę dla nich przełomowymi. Marnuje się też dużo potencjalnie ciekawych historii, takich jak przemiana cmdra Saru – przedstawiciela ciekawej rasy, który odkrywa się w trakcie serialu na nowo. Choć pojawiają się sygnały, że jego zachowanie się zmieniło i to drastycznie, scenariusz nie znajduje dość czasu, by to odpowiednio zaprezentować. Podobnie sprawa ma się z Ashem i jego bardzo mało ważnym synem oraz szeregiem innych, wątków, które spłycono znacznie bardziej, niż moglibyśmy chcieć.

Razi też nieco rozdmuchana epickość – wielka, wymazująca ludzkość wojna z Klingonami, przeszła w historię o innym, równie wielkim wrogu, zdolnym objąć całą galaktykę – tę samą, której w późniejszych stuleciach nie byli w stanie zeksplorować ani współcześni Kirka ani Pickarda,  tę, przez której kwartał Janeway przebijała się przez siedem sezonów, a bramy do innego kwartału pilnował Sisko. Star Trek nawet, gdy rzucał nas w wojnę z Dominium czy Borgiem nigdy nie przyjmował skali, jaką obrali sobie scenarzyści tutaj, bo kiedy na ekranie pojawiały się super-groźne super-byty (no, może za wyjątkiem Q) seriale często traciły magię, jaką przyciągały widzów w większości odcinków.

Po dwóch sezonach można jednak powiedzieć: to z pewnością Star Trek. Patrząc na to, jak zakończyła się druga seria, scenarzyści powinni mieć szansę zmienić trochę skalę i dać widzowi poznać załogę Discovery bliżej i to nie tylko od romantycznej i przeklinającej strony. Oglądanie tej serii dało nadzieję, że niesamowita marka, jaką stworzył Gene Roddenbery po raz kolejny znalazła swoje serce. Jedną z zalet Star Treka była w końcu zdolność patrzenia w przyszłość przy uwzględnieniu ważnych dla widza społecznych problemów i wrażliwości, a Discovery z tym wyzwaniem radzi sobie wybornie.

A jeśli chodzi o lasery, hologramy i inne fajerwerki, jakimi zasypuje nas serial? Cóż, naprawdę trudno uwierzyć, że mając do dyspozycji efekty specjalne, jakimi dysponuje Discovery twórcy poprzednich Star Treków nie zasypaliby nas podobnymi, niesamowitymi pokazami światełek. Bo to zwyczajnie działa.