W dobie coraz doskonalszych gier z filmową hiperrealistyczną grafiką, wypasionymi efektami, tytuły uciekające od mainstreamowych konwencji, ostentacyjnie stawiające na konwencjonalność, prostotę, ascezę paradoksalnie wcale nie stają się mniej popularne. Wręcz przeciwnie.

Wyściubiając od czasu do czasu nos ze światów „Wiedźmina”, „Assassin’s Creed”, „Dark Souls”, czy innych takich zdarza mi się przeżyć coś w rodzaju szoku. Jako gracz o dość wąskich, przyznaję, horyzontach, przeżywam nieustające zadziwienie przyglądając się w co grają moje nastoletnie dzieci. Ciągle nie do końca rozumiem jak ktoś przy zdrowych zmysłach może zamiast przeżywać fascynujące przygody w coraz doskonalszych wirtualnych uniwersach woli ostentacyjne gierki z ubogą, umowną oprawą, wyglądające jak z epoki Spectrum łupanego. W sumie rozumiem modę na gry retro, czasem nawet sam jej ulegam, choć raczej na zasadzie nostalgicznych powrotów, z których nawiasem mówiąc spora część kończy się grubym rozczarowaniem. Trudniej przychodzi mi pojąć fenomen popularności produkowanych współcześnie tytułów z premedytacją oldschoolowych. Moje córki grają w coś takiego – hodują kury, sieją zboże i sadzą ziemniaki w grze, która wygląda jak port z leciwego Atari. Syn z kolei spędza całe godziny na klikaniu myszą po ekranie po jakichś kropkach i kreskach, a do tego klikania koniecznie musi przygrywać melodyjny japoński soft rock z obowiązkowym dziewczęcym wokalem.

No, pal sześć, są na świecie rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom. Ot, takie osobnicze dziwactwo ekscentrycznego nastolatka. Tymczasem, jak się dowiaduję, w tę dziwną grę zwaną Osu gra pół szkoły. Małomiasteczkowe dziwactwo? Wcale nie. Gra zrobiła na świecie całkiem sporą karierę, choć wcale nie jest nowa. Wymyślił ją przed jedenastoma laty zwariowany Australijczyk, który swój drugi dom znalazł w Tokio. Pewnego pięknego lipcowego dnia Dean Herbert, znany w społeczności jako „Peppy” na prośbę grupki przyjaciół przeportował w ciągu jednej nocy konsolową zabawę rytmiczną „Elite Beat Agents”z Nintendo DS na komputery PC. W ciągu następnych kilku tygodni rozwinął projekt pierwotnie nazwany Ouentest dodając nowe tryby znane z innych konsolowych rytmicznych gier. W efekcie 17 września 2007 oficjalnie w witrynie internetowej Peppy’ego ukazała się pierwsza publiczna wersja Pomysł wypalił. Gra adresowana dla kręgu bliższych i dalszych znajomych, szybko przyciągnęła uwagę jako najbardziej zaawansowana zabawa rytmiczna na komputery i zdobywała coraz większą popularność.

Od tego czasu zabawa z Osu została mocno rozbudowana, ma wiele trybów i opcji dostosowania rozgrywki do własnych preferencji. Istotą gry jest klikanie punktów (czyli rozmaitych stickerów i sliderów układających się w rozmaite kształty i wzory) pojawiających się na tzw. beatmapach skorelowanych z rytmem wybranego utworu muzycznego. Oznaczone kolorami, ponumerowane punkty trzeba kliknąć w momencie, gdy pojawia się wokół nich osobny okrąg. Brzmi banalnie? Być może, ale gra, zwłaszcza na wyższych poziomach trudności, jest wręcz piekielnie trudna. Gra przewiduje pięć poziomów trudności, z których każdy ma dwa stopnie. Im wyższy poziom, tym więcej punktów do bezbłędnego oznaczenia, trudniejsze ich rozmieszczenie i krótszy czas tolerancji. Żeby ukończyć pojedynczy utwór trzeba utrzymać skuteczność kliknięć na odpowiednim poziomie. Gdy skuteczność spadnie poniżej wymaganego poziomu, utwór się urywa i trzeba zabawę zaczynać od początku. Można grać myszą, myszą i klawiszami albo używać tabletu graficznego.

W bazie gry znajdziemy wiele utworów i beatmap do pobrania, można także tworzyć własne. Osu ma też własny system punktacji. Wyniki można na bieżąco porównywać z rankingiem – oddzielnym dla każdego utworu i mapy. Niektórych map nikomu jeszcze nie udało się ukończyć, choć najlepsi na świecie grają z niewiarygodną wręcz skutecznością. Gdy się ogląda filmy na Youtubie, trudno uwierzyć, że to, co robią mistrzowie Osu jest w ogóle możliwe.

Świat w tej grze kręci się wokół kółek, myszki i tableta, ma też inne tryby i mody. Takie choćby jak Osu!Mania, gdzie się można pobawić w pianistę, Catch the Beat polegające na zbieraniu kombinacji kolorowych owoców, czy Taiko plegające na wciskaniu klawiszy idealnie do migających szybko kółek. Wszystkie darmowe i bez mikropłatności! Ponoć Osu! to znakomity trening koordynacji i refleksu dla miłośników e-sportu, zwłaszcza dla graczy w „League of Legends”.

Wierzę na słowo, bo do „LoL” i kijem mnie nikt nie zagoni, zresztą i na spędzaniu godzin nad Osu! szkoda mi czasu. Zresztą nie bardzo widzę szanse, bym przy swoim poziomie koordynacji dał radę ukończyć jakąś mapę np. do któregoś z utworów Slayera. I wciąż do końca nie rozumiem fenomenu tej zabawy. Gdy pytam syna, mówi, że Osu! go denerwuje, jest wyzwaniem, a ukończenie mapy za dwusetnym podejściem daje taką satysfakcję, jak mało co. Jak już zabijać czas to wolę prospołecznie przy szachach albo brydżu. Wypada się jednak pogodzić z faktem, że nie wszyscy poszukujemy w grach wideo tego samego i niezależnie od poziomu zawsze będą miłośnicy wirtualnych pasjansów, kierek, pinballi, sapera, węża, tetrisa. I zabaw takich jak Osu! I bardzo dobrze. To jest w grach piękne, że te tworzone chałupniczo, bez wielkich pieniędzy i bez komercyjnego celu, także mają szansę na sukces. Choćby niszowy, bo wszak kultura enklaw rozwijająca się obok dominujących nurtów staje się coraz bardziej charakterystyczną cechą ponowoczesności.