Od jakiegoś czasu nie czekam już na kolejne części „Gwiezdnych wojen”, po trylogii prequeli po kolejnych filmach spodziewam się raczej wszystkiego najgorszego. A jednak, widok gwiezdnego logo na ekranie i pierwsze takty evergreena Williamsa wywołuje u mnie ciągle ciarki na plecach. Cóż, latka lecą, a tu wciąż jednak tli się nadzieja, że coś z magii pierwszej trylogii uda się ocalić. I coś się rzeczywiście udaje. Po „Przebudzeniu mocy” mimo wszystko wstąpiła we mnie nowa nadzieja. Bo mimo, że to kino nowej przygody dla dzieci, że powtarzał i przetwarzał wątki i motywy, to jednak było w filmie Abramsa jakieś życie, a jakaś cząstka ducha legendarnych oryginalnych filmów znów zaczęła unosić się w galaktyce…

Jak jest w „Ostatnim Jedi”? Z grubsza podobnie. Rian Johnson kontynuuje w zasadzie stylistyczną metodę Abramsa, przećwiczoną i sprawdzoną choćby w marvelowskich ekranizacjach, czyli – efektowna akcja, wyraziste konflikty między bohaterami, spora dawka humoru, a wszystko to strawne dla jak najmłodszej publiczności. Nie wyszło mu z tego melanżu „Imperium kontratakuje” nowych czasów, ale też nie blady cień najlepszego moim zdaniem odcinka całej serii. Motywy są podobne, ale przebieg akcji już nie. Szkolenie Rey przez Luke’a nie powiela na szczęście tego samego schematu i nie wiedzie do tych samych wniosków, jak niegdyś szkolenie Luke’a przez Yodę. Zresztą sam Luke to postać dość złożona. W tylko kilku scenach Hamill przypomina siebie sprzed lat. Nie do końca kupuję ten portret stetryczałego, rozczarowanego, zgorzkniałego weterana – pustelnika, bo też trauma, z którą niby się boryka tylko częściowo tłumaczy miotanie się między bierną rezygnacją a kompulsywnym działaniem. Ale ostatecznie Luke dokonuje tu jakiejś gorzkiej ekspiacji, przekonującej w kontekście całej sagi.

Nie wszystko idzie tu po linii prostej, Johnson pokrętnie dość konstruuje fabularne ścieżki. Momentami niepotrzebnie komplikuje, przesadza z pobocznymi wątkami, mnoży spięcia pozorne, pozbawione wagi. Na szczęście niewiele tu elementów mydlanej opery – odnalezionych synów, córek, traum rodzinnych, pensjonarskich sekretów, które tak denerwowały w późnych filmach Lucasa. Przesadza ze szczeniackim humorem, z kiczowatymi scenami pod publiczkę. Pojawienie się Yody na całe szczęście odarte jest z patosu, ale ostatecznie scena wypada raczej karykaturalnie, widok latającej generał Lei też mimowolnie śmieszy. Co chwila jak diabełki z pudełka wyskakują jakieś pocieszne stworki, chyba tylko po to żeby dzieciaki miały radochę. Złych scen jest tu zresztą więcej, czasem przecierałem oczy ze zdziwienia: naprawdę to widziałem? Inne z kolei sceny są kompletnie zbędne. Ba, całe wątki nawet. Choćby cała misja Finna i Rose, w której nie bardzo wiadomo o co chodzi. Bez tego wątku, film byłby lepszy.

Johnson za bardzo plącze fabularne wątki, za bardzo chce pogodzić ogień z wodą, wątki dla dzieci i dorosłych. Ale też dość zmyślnie myli tropy i przynajmniej nie powiela najbardziej wytartych klisz. Są tu więc jakieś emocje, jest napięcie, jest dwuznaczność w relacji Rey i Bena Solo vel Kylo Rena. Są dobre sceny akcji, kosmiczne pościgi, dobre postaci poboczne, w sumie niegłupie nawiązania do poprzednich filmów. W sumie więc „Ostatniego Jedi” nie ogląda się źle. Ba, ma ten film znakomite sceny. Jest nierówny, ale jako rozrywka familijna broni się wcale nieźle. Niestety założenie dostarczenie rozrywki dla każdego wpisał w całość nowej franczyzy koncern Disneya nieco ciąży. Widać szwy między chęcią pokazania czegoś nowego, oryginalnego, nawiązania do oryginalnej sagi i oczekiwaniami producenta.

Mimo to jednak „Ostatni Jedi” nadzieje jakoś spełnił. Duch tych „prawdziwych” „Gwiezdnych wojen” nie przepadł z kretesem, a nowe pomysły w dużej części się sprawdziły i podziałały odświeżająco. Więc może na dziewiątą, ostatnią część sagi Skywalkerów będę jednak czekać? Na pewno bardziej niż na kolejne spin-offy i nową sagę, do której przymierza się Johnson.