Obok wysypu znakomitych przygodówek, którymi od kilkunastu tygodni częstował nas serwis IndieGala (w ramach nieustającego cyklu galaFreebies), w tym samym miejscu pojawiają się również znakomite miniatury zręcznościowe.

One Bit Arena to jeden z takich przykładów – casualowego shootera z dużym naciskiem na przetrwanie. Zacznijmy od oprawy graficznej i dźwiękowej – ta jest wybitnie minimalistyczna (jednobitowa grafika godna Game Boya bez kolorów i chiptune), ale jakże smaczna – dwa istotne wskaźniki widoczne po lewej, główna cześć obszaru wypełniona kwadratowymi przeszkodami i nieco bardziej krągłymi przeciwnikami. A pośrodku my – jako dzielny uczestnik igrzysk zwanych po prostu: Arena.

Wyposażeni w dysk do rzucania musimy po prostu przetrwać. Problem w tym, że pożerający zasoby naszego życia przeciwnicy jakby wychodzili z każdej dziury, a nasza obecność działa jak wabik. Drugi problem: dysk ma dziwną tendencję do wbijana się w ściany, więc opanowanie prawidłowych rzutów, które sprawią, że zachowa się on jak bumerang – zajmie nam trochę czasu. Niezależnie od przeszkód – są i pewne boostery, rozrzucane losowo po planszy – jedne odświeżają nieco nadwyrężone zdrówko, inne wskaźnik umiejętności przyzwania zagubionego dysku. Są i takie, które nieco spowolnią akcję, albo przyspieszą nasz ruch. Cel: oczywiście przetrwanie. Jak najdłużej, za jak największą pulę zebranych punktów. W sumie to zgrabna gra na imprezy, trochę casualowa, trochę wymagająca, mocno wciągająca w wir zabawy. I niezależnie od tego ile jeszcze słów skleciłbym, aby polecić Wam One Bit Arena – po prostu wypróbujcie grę własnym zestawem zmysłów. Warto.