Nie ma nic bardziej irytującego od Windows, które właśnie postanowiło zaplanować restart podczas fascynującej rozgrywki, albo Steama pobierającego super istotną poprawkę do gry, ważącą kilka GB. Microsoft mógłby nauczyć swoje PC-minionki wirtualizacji i wprowadzać łatki w mniej spektakularny sposób niż „poczekaj na zainstalowanie… 30%… utknęło”, robić to równie zgrabnie jak np. aktualizacje sterowników do kart graficznych. A producenci gier nieco mniej restrykcyjnie traktować swoich żywicieli, i nie serwować im co chwila paczki super ważnych łatek fabularnych, bądź istotnych poprawek usuwających z mechaniki parę setek pomniejszych błędów.

Właśnie z tego powodu tak cenię współczesny poziom gier dla Switcha: przez dobre dwa miesiące zabawy nie przejmowałem się łatkami do Zeldy, Rabbidsów czy Super Mario Odyssey – wszystko po prostu działało. Niegdyś podobna sytuacja dotyczyła 8-bitowców i Amigi. Właściwie do dziś na Spectrum i C64 wszystko wygląda tak samo – wczytane, działa. Z małym Atari nie ma już tak lekko, przynajmniej jeśli chodzi o rozbudowane konfiguracje – ze współczesnymi grami trzeba niekiedy pokombinować, przerzucając kilka wirtualnych wajch w menu startowym Ultimate 1 MB. Amiga… no cóż, tu schody zaczynały się od A500+ w górę. No dobrze, nawet etap przejścia z Kickstartu 1.2 na 1.3 był bolesny. Nie mówiąc już o bardziej wypasionych konfiguracjach z 30-kami, 40-kami, 60-kami, albo AGĄ. Pośrednio łata to dziś WHDLoad, ale to zupełnie inna historia. Natomiast konsole… no właśnie, od pewnego momentu (NES, SNES, Sega) było w miarę łatwo. Gra na kartridżu musiała działać. Od wpięcia na stałe konsol do Internetu zaczęły się aktualizacyjne schody.

Kto wynagrodzi mi godziny spędzone na oczekiwaniu na dociągnięcie połowy gry (bo nie zmieściła się na Blu-rayu), kto dopłaci mi za czas spędzony na oczekiwaniu aż laptop domknie swój system aktualizując jakieś super pilne błędy w systemie? Mam pewną propozycję, w głównej mierze adresowaną do producentów gier (choć i producenci aplikacji i systemów operacyjnych mogli by pójść tym torem): a co by było gdyby gracz w nagrodę za pobranie łatki doczekał się drobnej nagrody (w domyśle: za testowanie produktu w wersji alfa), na przykład skromnego loot boxa za którego każe się dziś płacić. Albo drobnej, intrygującej zmiany w mechanice. Albo… do cholery, po prostu specjalnej, platynowej odznaki za cierpliwość i zaufanie?

Znam jeden taki produkt, do którego od czasu do czasu wracam na kilka godzin miłej, niezobowiązującej rozgrywki. Dostrzegłem, że jego autor od czasu do czasu wprowadza nowe elementy do rozgrywki. Nie psują one mechaniki, ale zmuszają mnie do kombinowania i rozgryzania nowych zagadek. I to jest moja osobista nagroda, za kolejną, pobraną aktualizację.

Ciekawe co na to Google, Facebook, Twitter, Snapchat, Instagram i spółka. Ile by dali, by utrzymać przy sobie użytkowników, bo… wiecie udostępnianie swojej prywatności na dłuższą metę najmniej opłaca się nam samym.