Gdzieś na początku lat 90-tych przynosząc od kolegi paczkę dyskietek na Amigę trafiłem na Cruise for a Corpse – dość nietypowy tytuł bo kryminał w komputerowym wydaniu rozgrywający się w latach dwudziestych  XX-tego wieku.

Oto grecki milioner o trudnym do wymówienia nazwisku Niklos Karaboudjan organizuje przyjęcie na swoim luksusowym jachcie, po czym zostaje zamordowany tuż przed wielką galą. Los chce, że na pokładzie znajduje się detektyw Raoul Dusentier, którego losami przyszło mi pokierować poszukując winnego ukrywającego się na statku. Czy mordercą jest wytworna dama z wyższych sfer, pokładowy chłopiec na posyłki, a może sam kapitan? Emocje rosły już od pierwszych scen, kiedy na ekranie pojawiały się kolejne kardy czołówki wykonanej w iście filmowym stylu. Kolejny zachwyt następował, kiedy rozpoczęła się właściwa gra. Jakże pięknie to wszystko wyglądało! Bohaterowie niczym w Another World byli narysowani z użyciem techniki rotoskopii, przez co ich ruchy wydawały się niezwykle płynne i naturalne. Rozochocony świetną oprawą liczyłem, że prowadzenie śledztwa będzie równie ekscytujące. Trochę się jednak rozczarowałem. Po pierwsze mechanikę gry oparto na blokach czasowych, które przeskakiwały do przodu tylko i wyłącznie po wykonaniu odpowiedniej czynności. A że do naszej dyspozycji był cały statek z wieloma pomieszczeniami, to znalezienie odpowiedniego miejsca, gdzie należało coś zrobić, wymagało krążenia w kółko po tych samych lokacjach. Wyglądało to jak sztuczne wydłużanie zabawy. Przynajmniej postacie i dialogi wypadły bardzo fajnie. Napotykane osoby miały swoje historie, motywacje i długą listę tematów do rozmów. Stąd też cała gra utrzymana była w dość poważnym tonie bez humorystycznych wstawek znanych choćby z produkcji LucasArtsu. Widocznie autorzy uznali, że w śledztwie nie ma miejsca na żarty, a detektyw musi być zimny jak głaz.

Kilka zdań należy się także świetnemu oryginalnemu wydaniu. Jako że na początku lat 90-tych nawet nie marzyłem o legalnej kopii (oczywiście nie było takiej w naszej dystrybucji), to całkiem niedawno nadrobiłem zaległości z dzieciństwa i na mojej półce wylądowało Cruise for a Corpse w tzw. big-boxie. Pudełko opatrzone klimatyczną grafiką skrywa kilka interesujących elementów. Pięć dyskietek to jak na amigowe standardy sporo, co już mogło zwiastować długą i dobrą zabawę. Instrukcja zawierająca podstawowe informacje o sterowaniu czy interfejsie to standard, ale już dodatek w postaci spisanego dziennika wydarzeń poprzedzających wydarzenia w grze stanowił już miły dodatek. Dla łatwiejszej orientacji na statku wydawca dorzucił dużą rozkładaną mapę z rozrysowanymi kolejnymi pokładami. A na samym dnie pudełka leżało jeszcze tzw „Code Wheel”, czyli zabezpieczenie antypirackie w postaci wydrukowanego okręgu z ponumerowanymi wycięciami odsłaniającymi kolorowe symbole, które należało podać, jeśli gra o nie pytała.

Czy w Cruise for a Corpse da się sięgnąć prawie 30 lat po premierze ? To jeden z tych tytułów, które intrygują wykonaniem i fabułą, ale jednocześnie pozostają żmudne w rozgrywce za sprawą uciążliwych rozwiązań w mechanice gry. Oceniłbym, że to gra dla koneserów nietypowych przygodówek.