Maniac Mansion ukazał się w Stanach w październiku 1987 roku, ale na giełdzie na Grzybowskiej dopadliśmy go kilka miesięcy później. Mija więc równych 30 lat od skończenia tej gry. Chwila, ale czy ja na pewno ją skończyłem?

Pisałem wielokrotnie, że dzięki grom wydobywam z przeszłości wspomnienia, których bez nich nigdy bym nie odkopał. Pozostałyby na zawsze w czarnej otchłani. Tymczasem pamiętam dużą czarną dyskietkę z napisem Maxell, zjawiającą się znienacka w naszej szarej stacji dysków Commodore 64 i mającą być, wedle tego, co powiedziano w szkole podstawowej numer 25 najlepszą grą, jaka dotąd powstała na ten komputer. Czyli handlarze z Grzybowskiej mieli już jakieś wieści z zachodniej prasy albo sami dokonali tak zaawansowanej analizy. W każdym razie tytuł napisany flamastrem na naklejce Maxella nie robił dobrego wrażenia. Maniac – wiedziałem, że oznacza to maniaka, wariata. A Manic Miner akurat nie kojarzył mi się zbyt dobrze, gdy męczyłem się, żeby dojść w nim do trzeciej planszy u ojca w pracy. No, ale gdy uruchomiliśmy grę, kolorowe paski pomigały z minutę (odtworzyłem ten oryginalny proces ładowania ostatnio na C64 mini!), moje i kolegi kopary opadły na perski dywan.

Zupełnym szokiem było to, że po ekranie nie poruszałem się na zasadzie „wajcha w prawo”, lecz za pośrednictwem kursora. Podobne wydarzenie stanowiło kilka lat wcześniej operowanie automatu Centipede za pomocą kuli. Jeszcze większe zdziwienie budził fakt, że steruje się trzema postaciami, przełączając pomiędzy nimi. Kooperacja okazywała się niezbędna już na początku, gdy po wejściu do rezydencji jedna z postaci musiała trzymać gargulca przy schodach, by druga zdołała w tym czasie zejść przez uchylone drzwi do piwnicy.

Maniac Mansion stworzył cyfrowy świat, jakiego nie widziałem wcześniej ani o którym nawet nie byłem w stanie zamarzyć. Podejrzewam, że większość tych, którzy mieli okazję w tamtym momencie go zobaczyć, jest podobnego zdania. Pełna swoboda chodzenia po rezydencji mieszała się ze strachem – czy zaraz nie otworzą się drzwi i nie wypadnie przez nie Edna? Czy uda się przed jej synkiem dobiec do skrzynki na listy i świsnąć mu paczkę, którą właśnie przyniósł listonosz? Czy wreszcie zabranie Sandy do laboratorium przez szalonego doktorka oznacza, że zegar tyka, a mój czas się kończy?

Teraz po latach gram sobie wieczorami w GOG-ową wersją Maniac Mansion i utwierdzam się w przekonaniu, że to najważniejsza, najlepiej zrobiona gra wideo, z jaką obcowałem. Biorąc oczywiście pod uwagę moment, w którym ją zobaczyłem i to, co było przed nią oraz po niej. Na szczęście nie pamiętam już dokładnie, co się tam robiło, nie korzystam z „solva”, a oryginału z C64 nie skończyłem, bo wersja z Grzybowskiej zawieszała się w momencie zrzucenia żyrandola na podłogę. Teraz to przeszedłem. Jakiż genialny patent – żeby strącić żyrandol, trzeba puścić kocią muzykę. Najpierw mamy płytę gramofonową. Nie pomaga, bo akurat w tym pokoju jest tylko kasetowiec. Znajduję kasetę, wkładam, uruchamiam sprzęt. Ale emitowany odgłos nie jest wyjątkowo głośny. Znajduję drugą płytę, tym razem z nieziemskim rzępoleniem. W pokoju purpurowej macki, która potem wypączkowała do Day of the Tentacle, znajduje się magnetofon z możliwością nagrywania. Jest też adapter. Po przegraniu rzępolenia i zaniesieniu kasety do magnetofonu w pokoju z żyrandolem da się go w końcu strącić z sufitu, a wraz z nim wiszący na nim klucz. A patent z piłą mechaniczną, do której nigdzie nie ma paliwa? A przycisk, którym można zanihilować całą rezydencję i jej okolicę? To, co wymyślił Ron Gilbert, wyprzedzało Sierrę, Infocom i resztę o parę długości.

Znalazłem już dziesięciocentówkę, ale jeszcze nie włączyłem napięcia w pokoju z automatami. Nie pamiętam, czy da się na którymś z nich zagrać. Voyager mówi, że nie, ale sprawdzę to. Zobaczę też, co się robi w ciemni, gdzie jest powiększalnik i kuweta z roztworem. Coś mi świta, że tam patrzyło się przez teleskop i dostrzegało jakiś numer, ale nie wiem jeszcze, do czego on jest potrzebny. Przede mną jeszcze kilka wieczorów, podczas których mam nadzieję nie spóźnić się z uratowaniem Sandy Pantz. Te kilka śmiesznych gier, w które gram aktualnie na Steamie, Rozłamy ludzkości czy Ostateczne fantazje 15, będzie musiało poczekać. Niech oddadzą hołd Monie Lizie gier wideo i znają swoje miejsce w szeregu.

Wiem, że są możliwe różne zakończenia tej historii. Na razie sprawdziłem jedno, wciskając czerwony przycisk w basenie. Jednak przecieki mówią, że opowieść da się skończyć na co najmniej trzy sposoby. To jest dopiero coś, równo 10 lat przed Blade Runnerem i w ogóle przed całą erą multimedialnych produkcji.

Szczęśliwi, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z Maniac Mansion. Odpalcie go, a zobaczycie, że przez te trzy dekady w ogóle się nie zestarzał. Każda scena powoduje, że chce się podążać do jądra ciemności, do sekretu tej rezydencji, nieopodal której spadł meteor…