Kiedy piszę te słowa, w sklepach królują halloweenowe potworności (dosłownie i w przenośni; zupełnie nie rozumiem, jak można chcieć ozdobić sobie dom plastikowymi nagrobkami), ale kiedy ta Machina dotrze do was, będzie już całkiem blisko Gwiazdki. Odcinek ten poświęcimy więc prezentom, pieniądzom na prezenty, świetnemu miejscu na świąteczne przyjęcie i ogólnie świątecznemu nastrojowi. Ho, ho, ho, miłej lektury!

Jeżeli chce się przygotować świąteczne przyjęcie, którego nasi goście nie zapomną do końca życia, należy przede wszystkim znaleźć odpowiednio spektakularne miejsce. A skoro pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku spędziłam wiele godzin, grając w Ultimę Online, i mam lekką obsesję na punkcie jej twórcy Lorda Britisha (w cywilu zwykłego Richarda Garriotta), to nic dziwnego, że moim marzeniem jest spędzenie świąt właśnie w jego byłym domu. Prawdziwym, znajdującym się koło Austin w Stanach Zjednoczonych, nie wirtualnym. Za czasów Lorda w mającej ponad 600 metrów kwadratowych Britannii Manor, bo tak (oczywiście) nazywa się owa posiadłość, było wszystko, co niezbędne samotnej kobiecie do życia: loch, tajemne przejścia, ukryte pokoje, obserwatorium na dachu, miecze, kusze, zbroje, a także działające działo. Brakowało jedynie fosy i zwodzonego mostu. Obawiam się tylko, że nowi właściciele Britannii mogli zmienić wystrój i zniszczyć moje marzenia. Ech, chyba lepiej będzie dołożyć parę funtów i kupić zamek w Szkocji.

Pieniądze. Podobno szczęścia nie dają, ale pomagają znosić nieszczęście. Zwłaszcza nieszczęście w okresie przedświątecznym, kiedy wydaje się małą fortunę na prezenty. Jest jednak pewien sposób na szybkie podreperowanie budżetu: wystarczy znaleźć w swoich zbiorach jedną z droższych gier retro. Czego szukać? Na przykład nagród z zawodów organizowanych w latach dziewięćdziesiątych XX wieku przez Nintendo. W 1990 roku podczas odbywającego się w 29 miastach (dwa razy w Los Angeles) Nintendo World Championships uczestnicy grali w specjalne minigry na Nintendo Entertainment System oparte na Super Mario Bros., Rad Racerze i Tetrisie. Zwycięzcy z trzech kategorii wiekowych otrzymywali używane podczas zawodów szare kartridże i, jak łatwo policzyć, istnieje tylko 90 sztuk tego produktu. Nic więc dziwnego, że kolekcjonerzy gotowi są zapłacić za niego nawet po 15 tysięcy dolarów. Jeszcze droższe są złote kartridże (a raczej złotawe, bo nie wykonano ich z prawdziwego złota), które były nagrodą w konkursie ogłoszonym przez magazyn Nintendo Power. Wyprodukowano tylko 26 egzemplarzy i osiągają one cenę prawie 30 tysięcy dolarów za sztukę (zdarzyła się też licytacja na eBayu, która doszła do khm… 100 tysięcy). No to miłego przekopywania piwnic i strychów!

Nic tak nie cieszy, jak własnoręcznie zrobiony prezent albo karteczka z życzeniami. Nie każdy ma jednak artystyczny talent (ja, niestety, zatrzymałam się na poziomie rysowania głowonogów), więc można się wspomóc komputerowo. Na przykład taką piękną choinką rodem z Atari Connection, pisma Atari wydawanego na początku lat osiemdziesiątych XX wieku. Prawda, że jak żywa? Miłego wklepywania kodu! A jeśli naprawdę go wklepiecie, zróbcie zdjęcie smartfonem (hehehehe) i wyślijcie rezultat do znajomych. Albo do redakcji Pixela!

Wszyscy znamy to uczucie głębokiego zawodu na widok nietrafionego gwiazdkowego prezentu (skarpetki? krawat? żelazko? gadżet ze Star Wars dla fana Star Treka? gadżet ze Star Treka dla fana Star Wars? gadżet z Pokemona dla fana Star Wars i Star Treka?). Okazuje się, że taki prezent może być kroplą, która przeleje wieeeelką czarę goryczy. Legenda głosi, że tak właśnie stało się w przypadku programisty i projektanta Atari Roba Fulopa, twórcy wydanego w 1981 roku Missile Command na Atari 2600 (przeróbki z wersji na automaty). Gra sprzedała się jak gorące bułeczki (2,5 miliona egzemplarzy) i do kieszeni tuzów z Atari trafiły miliony dolarów, nic więc dziwnego, że w 1981 roku Fulop spodziewał się niezłej premii na święta. Wiemy jednak doskonale, jak Atari traktowała swoich projektantów (pisałam o tym na przykład przy okazji tekstu o powstaniu Activision). Fulop, tak jak i inni „szeregowi” pracownicy, zamiast tłustego czeku dostał… kupon na tłustego indyka. W sumie dobrze się stało, bo Fulop oprawił ów kupon w ramki i współzałożył Imagic (twórców między innymi Cosmic Ark i Demon Attack), jednego z wiodących niezależnych producentów gier na Atari. Później pracował też przy kontrowersyjnym Night Trap, a także przy moich ukochanych Dogz i Catz.

Pisanie to zajęcie dosyć samotne i często mało wdzięczne. Człowiek siedzi godzinami przed komputerem, stuka i stuka w klawiaturę, a potem to gdzieś wysyła i cykl się powtarza. Rzadko kiedy słyszymy, że nasz tekst wpłynął pozytywnie na czyjeś życie, dużo częściej dowiadujemy się, że przecinek nie tam, w nazwie błąd, a w ogóle to nie potrafimy pisać i trzeba było wybrać inny zawód. Jeżeli do tego piszemy o czymś, co uważane jest za mało istotne (na przykład… o grach), to uczucie, że nic nie wnosi się do życia innych ludzi, może być wyjątkowo silne. Dlatego też miło się czyta o takich tekstach, jak opublikowany w 1982 roku, w świątecznym numerze pisma Electronic Games, felieton Harolda Goldesa pt. „You Can Be A Game Designer” („Możesz zostać projektantem gier”). O Electronic Games pisałam już w Machinie, ale przypomnijmy, że było to pierwsze amerykańskie pismo zajmujące się grami wideo. Cieszyło się bardzo dużą popularnością i wiele osób pracujących w branży gier komputerowych wspomina, że właśnie dzięki tekstowi Goldesa pomyślało o wykonywaniu w przyszłości takiego zawodu.

Aż głupio się przyznać, ale w tej chwili nie mam w domu ani jednego komputera. To znaczy mam, ale laptopy. Dwa. Jeden ciężki do pracy przy biurku, a drugi lekki do pracy w łóżku (tak, wiem, szczyt lenistwa) i poza domem. Tak się przyzwyczaiłam do przenośnej wygody, że myśl o byciu przywiązaną do skrzynki napawa mnie lekkim przerażeniem. Kiedyś nie miałabym takich możliwości… Zaraz… Zapomniałam o moim ukochanym Commodore? Zapomniałam, a raczej nie wiedziałam, że w 1984 roku na rynku pojawił się Commodore SX-64, inaczej nazywany Executive 64. Był to właśnie przenośny, zamykany w walizeczce model C64, pierwszy komputer tego typu z kolorowym monitorem. Produkt ten nie okazał się jednak strzałem w dziesiątkę (był zbyt duży, zbyt ciężki i miał mniej programów biznesowych niż inne komputery przenośne: Osborne 1 i Compaq Portable). Chyba też niezbyt wierzyło w niego szefostwo Commodore, bo jego marketing pozostawiał wiele do życzenia. Nic więc dziwnego, że sprzedał się w liczbie jedynie dziewięciu tysięcy egzemplarzy.

Innym komputerem przenośnym (jak widać na zdjęciu) był UNIVAC I. Przenoszą go? Przenoszą! No to przenośny! A tak na poważnie, UNIVAC (ang. UNIVersal Automatic Computer), pierwszy komputer komercyjny, nie był bynajmniej maleństwem i ważył ponad 7 ton (chociaż i tak nie ma co go porównywać do jednego z pierwszych komputerów, czyli skonstruowanego w latach czterdziestych XX wieku ENIAC, ważącego 27 ton). Projektantami UNIVAC byli John Presper Eckert i John Mauchly, a pierwszy egzemplarz kupiło w marcu 1951 roku amerykańskie biuro spisowe (w sumie wyprodukowano 46 sztuk tego komputera). Maszyna stała się sławna już rok później, kiedy za jej pomocą trafnie przewidziano wyniki głosowania w wyborach prezydenckich. Odbyło się to podczas transmisji telewizyjnej na żywo i prognozy UNIVAC tak bardzo różniły się od prognoz wyborczych zebranych za pomocą tradycyjnych metod, że przerażeni tym prezenterzy udawali, że maszyna się zepsuła.

Wiem, że w Machinie zwykle umieszczam dziwne reklamy z dawnych lat, ale tym razem wolę pokazać wam cudowną świąteczną okładkę Compute! (wydawanego w latach 1979–1994 amerykańskiego pisma) z 1989 roku. Bo, proszę państwa, jest radość i radość… i jest ta rodzina. O jakieś kilka poziomów radości wyżej niż cokolwiek, co widziałam. Co z tego, że wyglądają nieco przerażająco? Takiego niepohamowanego szczęścia Wam i sobie życzę. Nie tylko w czasie świąt!

Artykuł ukazał się w Pixelu #32, którego nakład został już wyczerpany. Zapraszamy jednak do sklepu Pixela po inne wydania drukowanego magazynu oraz po wersje cyfrowe Pixela.