Wstyd się przyznać, ale seria gier firmowanych przez najsłynniejszą w świecie wytwórnię klocków, opartych na filmowych licencjach, towarzyszy mi od lat już dwunastu, czyli od momentu premiery Lego Star Wars.

Wyznawałem już na tych łamach, że na hasło „Star Wars” reaguję cokolwiek dziwnie. Aż wyciągam szyję, by ktoś pokazał mi coś ciekawego w uniwersum, do którego mam słabość od dzieciństwa. No i Lego mi pokazało. A właściwie nie tyle mi, co mojej najstarszej córce, wówczas kilkuletniej.

Była zachwycona! I kolorowym światem z klocków, które znała i którymi lubiła się bawić, i historią, i samą rozgrywką – niezbyt skomplikowaną, ale niemonotonną, ciekawą, atrakcyjną. Ale ja sam zachwycony byłem jeszcze bardziej. Dezynwolturą, z jaką ta gra niby dla dzieci podchodzi do fabuły i bohaterów „Gwiezdnych wojen”, humorem, z jakim traktuje filmowe sceny, pastiszując je pysznie i zupełnie nieprzewidywalnie. Ale tak naprawdę szybko się zorientowałem, co się mojej córce w tej całej zabawie podobało najbardziej: otóż to, że graliśmy razem…

Wespół w zespół

Właśnie to było najważniejsze – graliśmy razem, na jednej klawiaturze, tylko trochę się złoszcząc, że gra nie radzi sobie z pokazywaniem dwóch postaci naraz. Nic to! Razem walczyliśmy z Vaderem, rozwiązywaliśmy zagadki, pomagając sobie wzajemnie wchodziliśmy w niedostępne bez współpracy miejsca, śmialiśmy się z żartów, odblokowywaliśmy postacie, odkrywaliśmy sekrety… Słowem – współpracowaliśmy. Początkowo musiałem dziecku pomagać, podpowiadać, co robić i jak.

Tak było jeszcze w dwóch świetnych częściach Lego Indiana Jones. Z czasem to coraz starsze dziecko podpowiadało mi, choćby w jednej z najlepszych gier całej serii – Lego Harry Potter, którą to córka znała niemal na pamięć. Potem były kolejne gry i… kolejne dzieci. Wszystkie bez wyjątku łapały bakcyla. Razem – choć już na podzielonym ekranie – penetrowaliśmy świat „Piratów z Karaibów”, odtwarzaliśmy tolkienowskie historie z „Władcy pierścieni” i „Hobbita”. I tak się to kręci do dziś.

Gry z serii Lego są ulubioną rozrywką moich dwojga najmłodszych pociech: pięcioletniej córki i o rok starszego syna. Początkowo obydwoje współpracowali ze mną. Na zmianę. Teraz grają sami i szybko nauczyli się z sobą współpracować, z czym w tak zwanym realu bywały kłopoty. Całkiem niedawno, gdy grali w Lego Ninjago i natrafili na jakąś przeszkodę, podsłuchałem propozycję córki: „Mam pomysł. Ty go podpalisz, a ja go uderzę”. W pierwszej chwili mnie zmroziło: jednak agresja, jednak komiksowa przemoc. Ale to zadziałało. Rozwiązali kreatywnie problem.

Walka w grach Lego jest na tyle umowna, prowadzi wszak do rozsypania się klockowych figur, że jestem raczej spokojny, że w rzeczywistości ani nikogo nie podpalą, ani nie będą bić, za to umiejętność wspólnego rozwiązywania problemów im się w realnym świecie na pewno przyda. Dzieciaki zrozumiały potrzebę kooperacji równie szybko, jak istotę rywalizacji. Poza tym maluchy dzięki grom mogą po raz pierwszy poczuć satysfakcję ze wspólnie wykonanego zadania, poznać smak zwycięstwa i dowiedzieć się, jak to jest przegrać. Może lepiej, żeby to miały przećwiczone w grach?

Rewelacja bez gadania

Gry z wyjątkowej popkulturowej serii Lego są żywym zaprzeczeniem wysuwanych często tez, jakoby gry wideo z samej swej definicji i natury sprzyjały alienacji. Udowadniają, że może być wręcz przeciwnie, że gry mogą ułatwiać porozumienie i nawiązywanie kontaktów. Moje dzieciaki wyraźnie pojmują gry jako czynność, która zbliża ich do siebie, a nie dzieli na lepszych i gorszych. Gra stanowi platformę spotkań ze znajomymi i nieznajomymi, a jej wirtualność nie stanowi żadnej przeszkody w poznawaniu realnych rówieśników. Zamieniają się padami, zapraszają do klawiatury kolegów, proszą o pomoc starsze rodzeństwo. Zabawa w przypadku gier Lego jest zatem nie tylko międzypokoleniowa, skłaniająca do kooperacji, ale i wybitnie wspólnotowa.

To także bodaj jedyna seria gier, w której do niedawna nie istniały żadne bariery językowe, bo cała fabuła obywała się bez dialogów, a wszystko było wyjaśnione i pokazane gestami w sposób lekki, łatwy i przyjemny. Od jakiegoś czasu, bodaj od drugiej części Lego Batman, pojawiły się dialogi, przerywniki filmowe. Z jednej strony – niby fajnie, nowocześnie, filmowo. Z drugiej trochę żal zagubionego przy okazji klimatu.

Ewolucja serii w ogóle niekoniecznie zmierza w najlepszym kierunku. Moim zdaniem Batman, Jurassic Park i były przekombinowane – za wiele tych kostiumów, opcji wyboru umiejętności. Zbyt to skomplikowane. Najlepszy dowód, że moje maluchy wolały pograć w starą, pierwszą część Batmana, niż w dwie nowe. Na szczęście w najnowszej odsłonie „Star Wars” – Przebudzeniu mocy, ale i w Super Heroes 2 widać częściowy powrót do dawnej szlachetnej prostoty.

Tak czy owak cykl gier Lego to najinteligentniejszy produkt familijny, jaki ktokolwiek kiedykolwiek wymyślił. Niby gry dla dzieci, ale i dla dorosłych, niby zręcznościowe, ale wymagające kombinowania, spostrzegawczości, niby wtórne, ale jakże oryginalne, niby prościutkie, ale przecież pomysłowe, inteligentne, żonglujące popkulturowymi pastiszami. I nie sposób się nimi znudzić, nawet gdy się je przechodzi po raz piąty. Słowem – genialne w swojej prostocie.

Mały sklepik z popkulturą

Mają te Lego gry dzięki licencjom, na podstawie których są tworzone, jeszcze coś dość wyjątkowego. Okazuje się, że są nie tylko znakomitą podstawą do nawiązania i pogłębiania relacji z dziećmi, ale także świetną formą popkulturowej inicjacji. Rozmowy o przeżyciach z gry to zawsze okazja do zamiany paru słów z dzieckiem i potencjalnego poruszenia bardziej życiowych od grania spraw. Dzieciaki podczas grania pytały o wydarzenia, których nie rozumiały, motywacje bohaterów – dobrych i złych, chciały dowiedzieć się więcej.

Pokazywałem im więc filmy z cyklu „Gwiezdnych wojen”. Zachwyciły się tak jak ja kiedyś. Oglądały, porównywały fabułę i o dziwo bardzo szybko wyłapywały potem smaczki w grach. Kapcie Kylo Rena ozdobione wizerunkiem Vadera albo szturmowcy uzbrojeni w przepychacze do klozetu – te pastiszowe sceny bawiły nas tak samo, jak Indiana Jones wywracający się na skórce od banana. Do snu musiałem czytać „Hobbita”, pokazywać „Batmana” Tima Burtona. Tłumaczyć co i jak. Słowem wtajemniczać w popkulturowe arkana. Potem już dzieciaki same sięgały po książki, komiksy, filmy. Już nie tylko popkulturowe.

Tak więc okazało się, że seria ma walor nie tyle edukacyjny, co inicjacyjny. Jest doskonałym wstępem do zainteresowania kulturą w ogóle: kinem, literaturą. W tym sensie ta seria obala kolejny mit, jakoby ubogie gry zastępowały bogaty świat kultury. Przeciwnie, zachęcają do wejścia w ten świat, pobudzają zainteresowanie, stymulują rozwijanie zainteresowań. Polecam więc te gry wszystkim rodzicom nie do końca przekonanym, że gry nie muszą być szkodliwe i niebezpieczne. Te nie dość, że są absolutnie bezpieczne, to w dodatku mają właściwie wszystkie cechy familijnych, interaktywnych zabaw edukacyjnych. Grajcie z dziećmi w „Lego Star Warsy, Batmany, Indiana Jonesy, Hobbity”. Naprawdę warto!

Artykuł ukazał się w Pixelu #34, którego nakład został już wyczerpany. Zapraszamy jednak do sklepu Pixela po inne wydania drukowanego magazynu.