Żyjemy w czasach wszechobecnej konwergencji – łączenia możliwości obsługi różnych mediów przez coraz bardziej wielofunkcyjne urządzenia. Podobne rozwiązania próbowano forsować jednak już na początku lat osiemdziesiątych, choć konfiguracje były wtedy nieco inne. Konsole do gier usiłowano łączyć ze sprzętem, który dziś autonomicznie funkcjonuje w coraz węższych niszach: z kalkulatorami i zegarkami.

Pamiętacie, kiedy pierwszy raz zetknęliście się z przenośnym sprzętem do gier? W moim wypadku stało się to za sprawą koleżanki z klasy w PRL-owskiej podstawówce. Jej ojciec pracował za granicą, dzięki czemu regularnie częstowała nas zachodnimi słodyczami i pozwalała przekartkować magazyn „Bravo”. Ale największy skarb nosiła na nadgarstku: zegarek Casio, który pozwalał uruchomić wyścigi samochodowe. Zegarki, z którymi zetknąłem się wcześniej, mogły mieć co najwyżej kalkulator lub „melodyjki” – stąd możliwość zagrania na przerwie lub podczas pobytu w świetlicy i pobicia wyniku rówieśników wydawała się być czymś absolutnie niezwykłym. Był to rok 1983.

Casio GD-8 Car Race był jednym z kilkudziesięciu modeli, które japońska firma wprowadziła na rynek w latach osiemdziesiątych. Oparty był na prostym schemacie: należało jak najdłużej trzymać się środkowego pasa (co sprzyjało nabieraniu prędkości) i przy użyciu dwóch przycisków (lewo i prawo) wyprzedzać rywali. Prostota sterowania nie raziła, bo głównym punktem odniesienia były wciąż „gry telewizyjne” obsługiwane „wiosełkami”. Nikt nie dziwił się też, że na torze, po którym mkną bolidy Formuły 1, brak jest jakichkolwiek zakrętów ani że nieoczekiwanie pojawiają się na nim niebezpieczne zwężenia (powiedzmy sobie szczerze, nikt z nas nie widział wtedy prawdziwych wyścigów, nawet poświęcony im komiks „Błyskawica na start” miał pojawić się w „Świecie Młodych” dopiero za dwa lata). Doskonałe wrażenie robiła za to monochromatyczna, ale całkiem przyzwoita grafika zegarka, będąca częściowo zasługą dedykowanych wyświetlaczy z diodami w kształcie samochodów i elementów toru, a częściowo rysunków na obudowie. Projektanci zadbali też o urozmaicenie w postaci prędkościomierza – z perspektywy wpatrującego się w tor ucznia podstawówki nie było więc powodów do narzekania, że w grze niewiele się dzieje. Identyczny schemat wykorzystano do stworzenia gier sportowych, strzelanin i prostych platformówek.

Casio chciało uczynić swoje urządzenia częścią nowoczesnego stylu życia – w wypadku zegarków z grami jednak nie do końca wyszło: odbiorcami byli głównie uczniowie

Ograniczenia upchnięcia sprzętu do grania w zegarku są oczywiste, trudno jednak nie docenić pomysłowości i tempa czynionych przez producentów postępów. Idea zaczęła kiełkować w zegarkach Unitrex Monte Carlo oraz Meister Anker Slot Machine. O tym pierwszym można było poczytać w wydaniu Popular Science z grudnia 1977: „Jedenasta? Nie, to dwie jedynki (ich wylosowanie wymagało 23 prób). Zegarek Monte Carlo pozwala zagrać w pokera, kości i ruletkę”. Pomimo zainteresowania prasy, która opisywała go obok innych nowości, takich jak zegarki z kalkulatorami czy z funkcją pokazywania godziny z innej strefy czasowej, produkt firmy Unitrex był jednak skazany na porażkę. Problemem była niemal zerowa interaktywność – oferowane „gry losowe” w praktyce polegały na tym, że użytkownik uruchamiał opcję i… czekał na wynik. Temat podchwyciła jednak firma Casio, która zaczynała wtedy lansować interesującą wizję: tworzenia wielofunkcyjnych urządzeń elektronicznych, które miały stać się częścią życia codziennego w erze nowych technologii.

Jak przystało na japońskiego producenta, Casio ma dość niesamowitą historię – założona przez inżyniera Tadao Kashio firma zadebiutowała na rynku w roku 1946, oferując… pierścień-fifkę, pozwalający na umieszczenie w nim papierosa i równoczesne zachowanie wolnych rąk. Zaskakujący projekt okazał się hitem, a zarobione środki zainwestowano w obsesję młodszego brata Tadao Kashio, Toshio – rozwój kalkulatorów. Bracia Kashio zainteresowali się sprzętem obliczeniowym, gdy Toshio przeczytał w prasie o pojedynku pomiędzy japońskim mistrzem obsługi liczydła a amerykańskim mechanicznym kalkulatorem. Produkujący sprzęt obliczeniowy koncern stopniowo zwiększał na rynku swoje udziały – w 1967 kalkulatory Casio weszły do Europy i Ameryki Północnej (gdzie sprzedawano je z logo… Commodore). Do coraz mniejszych kalkulatorów dołączyły zegarki elektroniczne.

W międzyczasie zaczynał się rozkwit gier przenośnych, też inspirowanych kalkulatorami. Szefowie Casio postanowili jednak nie tylko tworzyć własne kieszonsolki, ale też dołożyć gry do tego, na czym znali się najlepiej. W efekcie roku 1980 firma wprowadziła na rynek kalkulator MG-880, który oferował funkcję prymitywnego syntezatora (dźwięki gamy umieszczone pod cyframi). Przede wszystkim jednak wyposażono go w dziwaczną wersję Space Invaders – na zwykłym ekranie zbudowanym z 7-segmentowych wyświetlaczy przesuwały się cyfry (najeźdźcy), które gracz „zestrzeliwał”, dopasowując wartość symbolizującą działko z gry. Rok później to samo rozwiązanie trafiło do zegarka.

Konkurencja jednak nie spała. W USA nad zegarkiem dla firmy GCE pracował Tom Sloper, który kontynuował później karierę przy tworzeniu gier dla 8-bitowców i japońskich konsol. Urządzenie Game Time z roku 1982 odniosło spory sukces, który przełożył się na produkcję kolejnych coraz bardziej rozbudowanych wariantów zegarka i kalkulatorów z grami. Tym, co odróżniało go od podobnych produktów, był specjalny wyświetlacz, który dzięki użyciu bardziej uniwersalnej matrycy składającej się z kółek i kropek umożliwiał zaoferowanie klientom nie jednej, lecz czterech gier, oczywiście inspirowane popularnymi tytułami z konsol. Jednak już w 1981 amerykański rynek swoimi produktami zasypało Nelsonic Industries – firma, której nazwa w Ameryce do dziś jest synonimem korzeni „ubieralnego” grania. Przepisem na sukces okazały się być licencje kupowane od marek takich jak Midway, Nintendo i Sega, ale też Hasbro czy Mattel. W grudniu 1982 Bernie Frieder, rzecznik prasowy firmy, chwalił się na łamach magazynu InfoWorld, że Nelsonic sprzedało ponad pół miliona sztuk samego tylko modelu Pac Man. Walcząca o palmę pierwszeństwa z Casio firma chętniej od Japończyków zmieniała konstrukcję zegarków: tradycyjne dwa przyciski zastępowano małym joystickiem lub klawiszami umożliwiającymi ruch w czterech kierunkach. Co istotne, przy adaptacji tytułów z innych platform, pomimo uproszczonej grafiki i ograniczeń związanych ze sterowaniem, rozgrywka stosunkowo wiernie odwzorowywała oryginał.

Zegarki z grami ewoluowały bardzo szybko – i równie szybko zniknęły. Rynek, który zaczął rozwijać się pod koniec lat siedemdziesiątych i swoją złotą erę zanotował w połowie lat osiemdziesiątych, dekadę później był już praktycznie martwy. Przyczyny były proste: konkurencja ze strony kieszonkowych konsolek z Game Boyem na czele plus widoczne już na horyzoncie palmtopy i komórki (z duńską firmą Hagenuk i telefonem wyposażonym w Tetrisa w roli pioniera). W międzyczasie jednak CGE, a zwłaszcza Nelsonic i Casio, znalazły wielu naśladowców – przede wszystkim wśród firm z Hong Kongu, choć nie tylko: z grami w zegarkach eksperymentowało też Seiko w ramach swojego „budżetowego” brandu Pulsar i słynny amerykański producent komputerów, firma Tandy.

Dziś jednak zegarki z grami to już głównie zabawki dla kolekcjonerów i wspomnienie czasów, kiedy czasomierze rozwijały się w nieprzewidywalnych, szalonych kierunkach. Choć są i tacy, którzy wierzą, że z połączenia zegarka i gier da się jeszcze coś wycisnąć, jak producenci „pierwszego smartwatcha dla graczy” Gameband. Oby tylko sprawował się lepiej niż przygotowana przez tę samą ekipę bransoletka do Minecrafta.

Artukuł pochodzi z Pixela #28, którego nakład został już wyczerpany. Zapraszamy jednak do sklepu Pixela po inne wydania magazynu.