Przyjemnie interesować się fenomenem na skalę światową.

To właśnie pomyślałem w trakcie mojego niedawnego urlopu, ale zacznijmy od początku. Pojechałem do Kątów Rybackich – nadmorskiej* miejscowości, którą odwiedzałem co roku z rodzicami jako dziecko i z którą mam związane cztery geekowe wspomnienia:

1. Czytanie o cyberpunku w drugim Kompendium Wiedzy Secret Service.
2. Oglądanie jakichś podróbek NES-a wystawionych na lokalnym bazarze, które miały na opakowaniu ostentacyjnie napisane “8-bit”, ale jednocześnie ozdobione były screenami ze Street Fightera III z wersji automatowej (ech te chwyty marketingowe lat 90-tych…).
3. Wspólne granie we Franko na Amidze poznanego na podwórku rówieśnika, który zaprosił mnie do domu.
4. Obowiązkową dla takich miejscowości obecność automatów. Nie pamiętam dokładnie wszystkich maszyn, ale na pewno było wśród nich Battle Circuit od Capcomu.

Dziś po automatach nie ostał się już nawet ślad. Zastąpiły je stoły do cymbergaja oraz znany z niejednego baru “bokser”, czyli gruszka mierząca siłę uderzenia. Niemniej, robiąc tę swoją wizję lokalną po latach zajrzałem do sklepu z zabawkami i ujrzałem tam to:

O Fortnite wiele już napisano i powiedziano: to tytuł, który zarobił dla Epic pieniądze tak duże, że postanowili złapać się za łby z Valve, tworząc własny sklep z grami; w studiach tanecznych organizowano kursy poświęcone konkretnie tańcom prezentowanym przez bohaterów sieciowej strzelanki, a całkiem niedawno na Pixelpost przewijały się informacje o bodaj najbardziej znanym (i budzącym kontrowersje) miłośniku Fortnite, czyli o Ninjy.

Ktoś powie, że strach otworzyć lodówkę… a ja fanom Fortnite bardzo zazdroszczę. Wynika to z wielu powodów – chociażby świadomości, że gdy interesujemy się tak dużym fenomenem, zdecydowanie łatwiej znaleźć rozmówców, dzielących z nami pasję. Jest też spora szansa, że obiekt naszych zainteresowań nie zniknie szybko w mrokach niepamięci, a wręcz przeciwnie – odpowiedzialni zań twórcy dostarczą nam więcej okolicznościowych gadżetów i informacji niż jesteśmy w stanie przetworzyć.

Jest to też najzwyczajniej w świecie przyjemne dla młodego (i nie tylko) miłośnika gier komputerowych, aby odkryć jakiś namacalny dodatek do wirtualnego szaleństwa. I tutaj pora na kolejne wspomnienie – pojechałem kiedyś na obóz sportowy do miejscowości nad Jeziorem Białym. Było to raczej oderwane od cywilizacji miejsce, ale znajdował się tam kiosk, a w tym kiosku przemiła pani, która sprzedawała gumy do żucia. Do każdej gumy dorzucała bonus – dwa, lub trzy kartonowe żetony, które wyglądały jak na zdjęciu poniżej:

Część czytelników pewnie te żetony skojarzy: przedstawiały one bohaterów z gry Mortal Kombat 3, a każda postać miała bodaj trzy różne rysunki do zebrania. W życiu nie wyżułem tyle gumy co na tym jednym obozie – taka głupotka, a jak potrafiła ucieszyć. Niestety te żetony to jedyne około-growe zjawisko związane z MK jakie widziałem w swoim otoczeniu, więc mogę sobie tylko wyobrazić jak ogromny musi być uśmiech entuzjasty Fortnite, który na każdym kroku widzi Lego, breloczki, poradniki, naklejki i kto wie co jeszcze.

Rzecz jasna, nie tylko Fortnite może się cieszyć takim wsparciem. Michał Klimek przebywał niedawno na dalekim wschodzie i zrobił takie oto zdjęcie przedstawiające fragment (!!!) oferty książek dotyczących Minecrafta:

Żyć nie umierać prawda? Owszem… jeśli akurat jest się fanem którejś z tych popularnych gier. Mi pozostaje jedynie raz jeszcze spojrzeć na ulubione przeze mnie serie sprzed lat, które mogły co najwyżej liczyć na wzmiankę w telewizji przy okazji omawiania przemocy w grach i jej zgubnego wpływu na młodzież. Ciesz się zatem drogi miłośniku Fortnite, bo “kiedyś to nie było”, za to teraz to jest!

*Kąty Rybackie tak naprawdę leżą nad zatoką – ktoś mnie ostatnio uświadomił, że jak jadę “nad zatokę” to nie jadę nad morze, więc precyzuję dla porządku 😉