Dostałem nowy służbowy notebook. Nie tam jakieś wyciągnięte z lamusa i przechodzone 386 albo 486 i to jeszcze SX (niektórzy z Czytelników nie muszą, a nawet nie mogą pamiętać tego urządzenia), ale najprawdziwszy i200xx. Tak, tak, osiemdziesiąt rdzeni, na pokładzie terabajty pamięci, karta graficzna z super rozdzielczością, żadne tam 2K czy 4K, ale 128 czy nawet 256 jeśli nie 512, najnowsze oprogramowanie systemowe, SSD 100 TB, chmura o pojemności 5000 TB i tak dalej. Jednym słowem – marzenie.

Radości z tego tytułu było rzecz jasna wiele.Nareszcie zamiast targać stosy pendrive’ów czy kilkanaście dysków twardych wszystko, co potrzebne zapakowałem sobie do chmury. Dodatkowych skrzydeł dodawał mi fakt, że stary lapek miał już swoje lata, był wolny, żeby nie powiedzieć koszmarnie wolny, no i z wewnętrznym dyskiem HDD bywało różnie – czasami startował, a czasami nie, choć zazwyczaj to drugie.

Do domu wracałem zatem niesiony jak na skrzydłach, myśląc jak to właśnie ten nowy kompek pozwoli mi zrealizować najskrytsze marzenia, dotyczące szybkości pracy, błyskawicznego przeliczania skomplikowanych arkuszy kalkulacyjnych z wykazami deficytu i tak dalej. Satysfakcji dodawał fakt, że mój zaciekły konkurent biurowy, z którym siedziałem w pokoju, niejaki Kuśmider – nowego komputerka służbowego nie dostał, a widząc mój, z zazdrości pogryzł długopis służbowy i zaślinił biurko.

Na dobranoc postanowiłem poczytać sobie coś o kompku. Z lektury instrukcji obsługi dowiedziałem się, że mam do czynienia z najwyższym poziomem technologii światowej; podręcznik oprogramowania nie był gorszy i utwierdził mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z topowymi produktami najlepszych firm software’owych, którym od początku istnienia sen z powiek spędzał problem – jak najlepiej WSPOMÓC użytkownika, by sam za wiele nie musiał myśleć przy korzystaniu z oprogramowania. Nie wiedzieć czemu, przez głowę przeleciał mi tu jakiś nieprzyjemny dreszczyk, ale zaraz znikł.

Następnego dnia wezwał mnie kierownik Ważny.

– Widzicie kolego – zaczął – trzeba tu się pochylić teraz nad tym projektem.

Palec kierownika powędrował na mniej więcej dwumetrowy słupek grubych segregatorów zawierających tyle samo papieru ile kurzu i wyciągniętych – sądząc po zapachu – jakiś kwadrans temu z najbardziej zatęchłego końca archiwum. Z niektórych wyciekała woda.

– Dane te są niesłychanie ważne i pilnie potrzebne dyrektorowi Bardzoważnemu, a może nawet prezesowi Najważniejszemu – powiedział kierownik, unosząc palec do góry.

– Ponieważ wczoraj podpisałem wniosek Działu IT naszej firmy o przydzielenie wam nowego sprzętu, zdecydowałem – tu na twarzy kierownika pojawił się uśmiech – że to WY zajmiecie się przygotowaniem takiego oto wykazu, odkładając WSZYSTKO na bok. W tym także nowy komputer, bo już widzę, że zaraz będziecie mieli jeden ze swoich komputerowych odjazdów!

Nie było rady, nowy kompek poszedł do szafy pancernej, a ja wziąłem się do pracy. Już po szesnastu tygodniach mozolnego ślęczenia (głównie ze względu na konieczność noszenia maski, bo jestem uczulony na pleśń i roztocza) praca została zakończona. W ramach nagrody wezwał mnie do siebie dyrektor Bardzoważny, uścisnął mi dłoń i podziękował, przy okazji biorąc mnie za kogoś zupełnie innego.

– Dzięki tym danym panie Wacławie – rozemocjonował się dyrektor i walnął archiwalnym segregatorem w biurko – nasz firma pokona wszystkich konkurentów! Doskonała robota!

Usiłowałem powiedzieć, że nie mam na imię Wacław, ale unoszące się w powietrzu kurz, roztocza i stęchlizna nie pozwoliły mi wydukać z siebie ani słowa.

Właśnie sprzątałem biurko, gdy nagle drzwi się otwarły i wpadł kierownik Ważny.

– Macie nowy komputerek, kolego Nieistotny, prawda? – zaczął przymilnie. – Otóż mam do was prośbę – trzeba SZYBKO – podkreślam SZYBKO – przygotować drukowaną wersję przemówienia dla prezesa Najważniejszego! Tu macie tekst, wpiszcie go jak najszybciej i wydrukujcie w trzech egzemplarzach, oczywiście w kolorze…

– A! – zreflektował się nagle – Ponieważ pan prezes jest już sędziwy, spróbujcie zastosować jakąś większą czcionkę no coś w rejonie 32 albo 40 punktów co najmniej, bo inaczej dziadunio tego nie rozczyta…

Radość rozlała się w moim sercu, tym bardziej że zza sąsiedniego biura, które zajmował Kuśmider rozległ się zgrzyt trących o siebie z zawiści zębów. Oto właśnie zadanie dla mnie i mojego nowego kompka.

– Już się robi kierowniku! To doprawdy pestka! – odparłem i sięgnąłem do szafy po notebooka, który leżał tam już od mniej więcej czterech miesięcy.

Włączyłem notebooka. Login pojawił się w miarę szybko, już po jakichś 15 minutach. Szybko się zalogowałem, odpaliłem edytor tekstu i… nic. Komputer pracował jakby miał czkawkę i kaca, co chwilę przerywał pracę i się zatrzymywał. Dioda dysku świeciła światłem ciągłym od chwili włączenia. Na pasku pojawiło się najpierw kilka a potem coraz więcej dodatkowych ikonek. Ich liczba stale rosła.…

Czterdzieści pięć minut później do pokoju wpadł znowu kierownik.

No już gotowe?! – zapytał.

– Eeeeeeeeeeeee… jeszcze chwilkę – wymamrotałem. – System się jeszcze… uruchamia.

Kierownik Ważny łypnął dziwnie na mnie okiem i milcząc wypadł na korytarz.

Tymczasem z kompkiem działy się rzeczy co najmniej zastanawiające.

Najpierw na ekranie pojawił się komunikat, że do zainstalowania jest 117 nowych aktualizacji i łatek. Potem pojawiło się czerwone okienko, że komputer nie był skanowany od 985 dni. Następnie pojawiła się informacja o 97 przestarzałych sterownikach, konieczności zaktualizowania samego edytora, przeglądarek internetowych oraz zmiany hasła głównego. Wszystkie te komunikaty zostały następnie zakryte reklamami (z przeglądarki) oraz informacją, że baza antywirusowa oraz malware jest nieaktualna i trzeba pobrać nową.

Godzinę później ponownie wpadł do nas znowu kierownik. W oczach miał morderstwo.

– I jak? – wycedził. – Wydrukowane?!

-Je.. jeszcze nie – bąknąłem. – Ale system już ma tylko 23 aktualizacje do pobrania i zainstalowania, a antywirus przeskanował już ponad 20% dysku. Potem jeszcze tylko dodanie sterowników naszej nowej drukarki sieciowej…. To musi zrobić administrator, ja nie mam uprawnień… Za jakąś godzinę, no najdalej za półtorej POWINIENEM ODZYSKAĆ KONTROLĘ NAD KOMPUTEREM…

Kierownik Ważny jednym ruchem ręki zgarnął papiery z mojego biurka.

– Panie Zenonie – zwrócił się z uśmiechem do Kuśmidra. – Może panu uda się to ZROBIĆ SZYBCIEJ?

Od strony mojego biurka doleciał mnie zgrzyt zębów. Moich własnych niestety.

Rozżalony poszedłem do naszego głównego machera od IT, niejakiego Administratorskiego.

– W imię czego i dlaczego tak się dzieje?  – zapytałem.

– W imię POPRAWIENIA WYGODY I ZADOWOLENIA UŻYTKOWNIKA oczywiście – powiedział Administratorski obserwując ze stoickim spokojem uruchomieniowy chaos na ekranie mojego notebooka.

– Co się tam użytkownik będzie męczył, programiści zrobią wszystko AUTOMATYCZNIE za niego – nieważne czy właściciel komputera będzie miał na to ochotę czy nie – dodał. Przecież użytkownik jest zazwyczaj zielony jak chlorofil, więc gdzie mu tam dawać jakieś możliwości wyboru…

Mój nowy komputer aktualizował się jeszcze 16 godzin. Gdy tylko skończył, odłączyłem go od zasilania i schowałem go w szafie pancernej. Następnie usiadłem i w możliwie najbardziej uprzejmych słowach napisałem do IT własnoręczne podanie o przydział maszyny do pisania. Jej niezaprzeczalną zaletą jest bowiem fakt, że jedyną aktualizacją, jakiej potrzebuje jest wymiana taśmy barwiącej.

***

Drogi Czytelniku, powyższy opis to nasza rzeczywistość, którą trochę przerysowałem. Przed każdym włączeniem komputera po długim z niego niekorzystaniu wiem, że spędzę pół dnia nad jego aktualizacją. Najczęściej obserwuję, jak system usiłuje wczytać i uruchomić nowe aktualizacje w czym rześko i wyjątkowo skutecznie przeszkadza mu antywirus (z wzajemnością zresztą). Łącze bezprzewodowe z Internetem rozgrzewa się do czerwoności, bo oczywiście wszystkie programy sprawdzają, czy są aktualne. Próby przerwania którejś z akcji dają rezultaty, ale zazwyczaj nie wcześniej niż po kwadransie. W miarę uruchamiania się kolejnych programów i usług chętnych do aktualizacji jest coraz więcej; wszystko zaczyna działać naraz. Stara wersja programu nie działa z nowym sterownikiem, ale gdzie indziej mam nową wersję programu ze starym sterownikiem – i też oczywiście nie działają. Komputer Pracuje (przez duże P), ale w tym samym czasie Ty nie możesz pracować…

I nagle mnie oświeciło. Przecież to nic nowego. W roku mniej więcej 1986 miałem PRAWIE TE SAME PROBLEMY ze swoim Commodore 64. Na początku dysponowałem tylko magnetofonem, więc wczytanie programu bez słynnego loadera-przyspieszacza „Turbo” trwało mniej więcej połowę czasu standardowej kasety magnetofonowej czyli 15 minut. Jak program był bardziej rozbudowany – nawet pół godziny i to oczywiście wyłącznie wtedy, gdy na moim ekranie nie pojawiał się milusi i często występujący te trzydzieści pięć lat temu komunikat LOAD ERROR.

Ponieważ od czasu do czasu mój Commodorek się zacinał (a jedynym sposobem na odblokowanie było HARD RESET czyli wyłączenie i ponowne włączenie zasilania), zabawy związane z wczytywaniem a także kopiowaniem programów były, co tu dużo gadać, MOCNO CZASOCHŁONNE.

Wreszcie w moim domu pojawiła się stacja dysków; problem niby się rozwiązał, ale tylko częściowo i na dość krótko. Głównie dlatego, ponieważ programiści mając nieco więcej miejsca, zaczęli dołączać do programów coraz więcej elementów, ozdobników, opcji etc. Zmieniłem więc poczciwą stację 1541 na 1571, a potem na 1581. Potem z kolei, gdy przeszedłem już na pecety – na CD, dyski twarde, potem DVD, potem Blu-ray… ta gonitwa trwa do dzisiaj.

I tak marzy mi się po cichu, że może ktoś opracuje program, który zablokuje wszelkie automatyczne aktualizacje, dając użytkownikowi prawo wyboru, co komputer powinien zrobić w pierwszej kolejności. Bo alternatywą jest niestety pozostawienie notebooka w stanie permanentnie włączonym, co w niektórych sytuacjach jest akurat mało możliwe, pomijając już związane z tym kwestie bezpieczeństwa.