W siedzibie CD Projektu odbyła się dziś pierwsza w Polsce prezentacja około godziny rozgrywki z Cyberpunka 2077. Był to ten sam fragment, który dwa tygodnie temu pokazywano dziennikarzom na targach E3.

Wprowadzono nas do salki na lewo od wejścia do bazy na Jagiellońskiej, zgaszono światła i około 40 osób zostało wpuszczonych do zakamarków Night City. Żadnego intra, od razu czysta akcja. Prezentację prowadził Peter Gelencser, a za padem zasiadł były mistrz Counter-Strike’a, pracujący obecnie dla CD Projekt RED Łukasz Wnęk. My tylko patrzyliśmy, bo robienie zdjęć było surowo zabronione.

Po wyborze bohatera płci żeńskiej ruszamy na pokoje. Zaczęło się od akcji odzyskiwania androida płci żeńskiej w sekwencji katapultującej odbiorcę do wnętrz niczym z Observera. Klasyczne ciasne wnętrza z grafiką wcale nie zdzierającą kask z głowy – miałem wrażenie, że lekko poniżej poziomu Wolfensteina II w ultra – i nagle zaczyna się strzelanina. Bohaterka stosuje zatrzymanie czasu, dzięki czemu wzbogaca ciała delikwentów ołowiem (bo bronie to raczej podrasowana klasyka gangusów niż Star Wars), potrafi też wykonać szus po podłodze a la Faith z Mirror Edge. Pojedynki są zwykle krótkie, acz intensywne. Kawałki otoczenia lecą w pył podobnie jak w Stranglehold. Gdy opadnie pył, można się spokojnie przyjrzeć otoczeniu. Nagie obiekty spoczywają w wannie z lodem. Widać piersi a nawet coś więcej – nie ma wątpliwości, że gra będzie dozwolona od lat 18. Bohaterka wraz ze swoim sidekickiem dostarcza androida we właściwe ręce, po czym odmeldowuje się po akcji.

Scena w mieszkanku przynosi na myśl „Blade Runnera” i apartament Deckarda. Po wyjściu z niego następuje najpiękniejszy fragment całej prezentacji: wędrówka ulicami Night City za dnia. Liczba przechodniów, słońce sączące się strumieniami na ulice, ruch, kolory, neony – to wszystko robi ogromne wrażenie. Po pierwszym pokazie czytałem jakieś swobodne wynurzenia, jakoby Cyberpunk 2077 to wcale nie jest „GTA V przyszłości”. Ależ oczywiście, że jest. Widać to zwłaszcza w sekwencjach, gdy bohaterka wsiada do samochodu i przemieszcza się do kolejnej misji. A gdy już w trakcie jazdy ostrzeliwuje się z samochodem gangusów, a widok przełącza się z FPP na TPP, jest to czyste GTA. Zgoda, inaczej wygląda strzelanie – w trochę RPG-owy sposób punkty z liczbą trafień wyskakują z przeciwnika – natomiast sama organizacja misji, radar pokazujący odległość od celu, a zwłaszcza chęć wykreowania wielkiego żyjącego miasta, mocno przypomina dzieło Rockstara. To oczywiście żaden zarzut. GTA V to jak dla mnie spokojnie znalazłoby się w pierwszej dziesiątce najlepszych gier wszech czasów, zaraz za plecami Maniac Mansion czy Betrayal at Krondor.

Autor dialogów naoglądał się „Pulp Fiction”, bo i leci tekst niczym z pyskówki Travolta-Willis w barze, a i zleceniodawca bohaterki mocno przypomina Marsellusa Wallace’a. Ale najciekawsza scena prezentacji to wcale nie rozpierducha z dostawcami towaru z serii „coś poszło nie tak” , bo podobnych akcji będzie w grze pewnie z tuzin, lecz wizyta w gabinecie faceta wykonującego wszczepy i ulepszenia postaci (to ten na screenie). Rozmowa z nim, wypełniona samym życiem, a nie cwaniackim kopiowaniem one-linerów z różnych filmowych actionerów, podobała mi się najbardziej. Opcje dialogowe są zwykle 2-3. Po tym jak bohaterka zyskała cybernetyczną dłoń, pomagającą wygodniej trzymać klamkę i sprawniej nią władać, pojawiło się logo gry i prezentacja się zakończyła. Rozległy się brawa.

Cyberpunk 2077 chcąc nie chcąc, kojarzy się z GTA V. To nie jest jednak słup milowy wyznaczający nową erę w grach wideo, lecz niesamowicie bogata, pod wieloma względami zaskakująca strzelanina. Odniosłem wrażenie, że autorzy idą trochę za mocno w brutalność – a mówię to jako widz, który widział na ekranie praktycznie wszystkie możliwe horrorowe ekscesy – zgodnie z zasadę, że w dark future musi dominować wolna amerykanka. Wolałbym więcej bladerunnerowskich „facts of life” niż rzeźnię, niejednoznacznych bohaterów typu wiedźmińskiego Berengara zamiast dużych tłustych bossów. Tym niemniej CDP RED tym tytułem zostawi BioWare już dobrze w tyle, czegokolwiek pozbawiona Zeschuka i Muzyki ekipa by nie wymyśliła, i przybliży się do Rockstara. To oczywiście będzie hit, parę scen, jakich jeszcze świat nie widział , plus zapalnik do dyskusji w mediach o androidach. Pięć milionów sprzedanych egzemplarzy pewne jest jak w banku, ale czy Cyberpunk 2077 ma szansę dobić do obłędnie rekordowych 90 milionów, jakimi kilka miesięcy temu chwalili się twórcy GTA V?