W każdym z nas kryje się mały buntownik, jakaś taka złośliwa przekora, która podpowiada nam, żeby robić dokładnie przeciwną rzecz niż to, o co prosi nas druga osoba. Mam zająć się pisaniem pracy? To obejrzę jeszcze jeden odcinek serialu. Mam zjeść szpinak i groszek? To przekształcę je w instalację artystyczną na podłodze kuchni. Mam podążać za narysowaną na ziemi strzałką? To może zacznę wałęsać się po innych lokacjach.

Dokładnie na tej przekorze – nagminnej u graczy testujących granice mechaniki gry, zakładających sprzedawcom beczki na głowy i wchodzących pod tekstury by zobaczyć puste, niedokończone przestrzenie – opiera się ICEY, niezależna gra stworzona przez chińską firmę Shanghai FantaBlade Network Technology. W tym krótkim brawlerze 2D stajemy za sterami tytułowej ICEY – rysowanej w stylu anime, cyborgicznej dziewczynki – i wyruszamy na wyprawę po postapokaliptycznych lokacjach, żeby powstrzymać złowrogiego Judasza i armię podległych mu maszyn. W naszej epickiej wyprawie towarzyszy nam narrator opowiadający o naszych dokonaniach… jeszcze zanim ich dokonamy.

I tu zaczyna się cała zabawa. Jeżeli zdecydujemy się działać wbrew woli narratora zaczniemy odkrywać zupełnie inną grę, ukrytą pod wierzchnią warstwą przyjemnej bijatyki: grę o grach, graczach i graniu. Kiedy przestajemy spełniać jego polecenia, narrator robi się złośliwy, marudny i kombinuje jak wymusić na nas „prawidłowe działania”. Pojawiają się komentarze na temat zachowania współczesnych, skupionych na zdobywaniu osiągnięć graczy, nawiązania do innych gier i branży gier w ogóle, a nawet refleksje na temat samej ICEY: jej budżetu, walorów artystycznych i zamysłu. Narrator może przenieść nas do innego miejsca, dodać nowy obiekt do świata gry czy po prostu zrestartować poziom zmuszając nas do kolejnego podejścia.
ICEY przypomina The Stanley Parable, posiada jednak jedną rzecz, której w opowieści o przygodach Stanleya brakuje: realną mechanikę gry. Poszukiwanie wszystkich sposobów na rozjuszenie narratora nie jest jedynym atutem tej gry – system walki również jest naprawdę udany. Nie jest on skomplikowany – mamy jedną broń, dwie statystyki i garść ciosów które można łączyć w kombinacje – jest jednak na tyle dynamiczny i angażujący, że eliminowanie kolejnych przeciwników na naszej drodze daje dużo frajdy. Dodajmy do tego kilka bossów do pokonania oraz prosty system progresji i dostajemy grę, która broni się zarówno jako meta opowieść o grach jak i po prostu jako porządny brawler.

Gra zachwyca również pod względem oprawy audiowizualnej. Projekty postaci i lokacji są spójne estetycznie, oryginalne i dopracowane w najmniejszych szczegółach, zaś animacje ciosów i ataków (chociaż proste) dają satysfakcję przy ich użyciu. Dynamiczna, elektroniczna ścieżka dźwiękowa doskonale ustawia klimat kolejnych lokacji, walk czy spotkań z bossami, jak również po prostu pasuje do przedstawianej nam opowieści. Teksty wypowiadane przez narratora są zrozumiałe (chociaż trzeba przyznać, że nie ma on aż takiej charyzmy, jak narrator z TSP).

Nie jest to jednak tytuł bez wad. Część brawlerowa, chociaż fajna i wciągająca, nie jest wybitna. Bossowie są wyjątkowo czytelni i łatwi do pokonania dla doświadczonego gracza (a w takich celuje ICEY swoją meta-narracją o grach), co w połączeniu z niewielką liczbą głównych lokacji sprawia, że gra jest dość krótka. Widać również zgrzyty pomiędzy radosną bijatyką a pomysłową grą meta: za każdym razem, kiedy po znalezieniu sekretnego sposobu na zirytowanie narratora nasz progres jest resetowany, musimy od nowa pokonywać przeciwników. O ile walka jest przyjemna, to wielokrotne powtarzanie tych samych sekwencji zabiera dużo z ich świeżości.

Ogólna ocena jest jednak jednoznacznie pozytywna. ICEY to pełna humoru gra nad którą można miło spędzić kilka godzin na dynamicznych bijatykach i zabawnych sporach z narratorem. Trzeba jedynie pamiętać, żeby nie podążać za strzałką.