Hollywood to paradoks – tajemnica, którą poznał już przecież każdy. A jednak samo miejsce kryje w sobie jeszcze parę niespodzianek.

Przez interkom pilot mówi, że po prawej wypatrzyć można słynny kilkunastometrowy napis górujący nad Los Angeles. Faktycznie, ale z tej odległości, schodząc do lądowania, potrzeba niemałej wyobraźni, żeby ten rozmazany, biały pasek przecinający majaczące w oddali wzgórza uznać za dziewięć liter układających się w ikoniczny znak HOLLYWOOD. Ale to widok niejako symptomatyczny, bowiem samo legendarne już nie tylko dla amerykańskiego czy, szerzej, światowego kina, lecz dla całej popkultury miejsce kurczy się i blaknie, im bliżej niego jesteśmy, co nie znaczy, że nie zachowało dawnej magii. Dawnej, bo niegdyś to tutaj biło serce zachodniego przemysłu filmowego; dzisiaj Hollywood skarlało, to zaledwie reminiscencja tego, czym było, choć sama nazwa nadal funkcjonuje na zasadzie skrótu myślowego i wytrycha. Zresztą całkiem słusznie, bo faktycznie to tam rodziły się kariery, budowano z marzeń istne wieże Babel, roztrzaskano niejedno życie i kręcono arcydzieła; to tam w 1910 roku D. W. Griffith zrealizował swoją krótkometrażówkę „In Old California”; to tam niedługo potem zaledwie w ciągu kilkunastu miesięcy otworzyło swoje siedziby szesnaście wytwórni; to tam podłożono podwaliny pod dzisiejsze, metaforyczne już, Hollywood.

Teraz już mało kto kręci w tych pustych halach filmy – producentom nie potrzeba już budowanych w pocie czoła monumentalnych atelier, nawet giganci szukają tańszych plenerów często na drugim końcu świata, a resztę mogą sprokurować magicy od komputera – choć nadal ciągną tutaj scenarzyści i dba się o postprodukcję. Obecne jeszcze w Hollywood wytwórnie zarabiają na turystach; mieszczący się na północy miasta Universal to nic innego jak ogromny park rozrywki, którego rozmaite atrakcje bazują na popularnych tytułach studia. Rzecz jasna nadal robi niesamowite wrażenie już choćby sama charakterystyczna brama prowadząca do studia Paramount Pictures, którą niegdyś wjeżdżały na plan największe gwiazdy amerykańskiego kina, z Marleną Dietrich i Garym Cooperem na czele, ale już za nią nie dzieje się tak wiele, jak kiedyś. Dla kinomana wyprawa do Hollywood nadal będzie przeżyciem niemalże odrealnionym, bo cóż może się równać z zobaczeniem odcisku dłoni Humphreya Bogarta przed słynnym Chinese Theatre odbitego w świeżym cemencie w dniu premiery „Wielkiego snu” Howarda Hawksa lub ujrzeniem poświęconej Marilyn Monroe gwiazdy na chodniku Hollywood Boulevard? To właśnie dwukilometrowy odcinek tej ciągnącej się przez dzielnicę ulicy stanowi bodaj największą miejscową atrakcję. O ile Nowy Jork zwiedza się z podniesioną głową, tak tutaj praktycznie każdy mijany przechodzień idzie wpatrzony w którąś z przeszło dwóch tysięcy gwiazd upamiętniających hollywoodzkie osobistości. Celem pielgrzymek są przede wszystkim dwa miejsca, czyli wspomniane już kino Chinese Theatre, gdzie do dziś mają miejsce uroczyste premiery – zaledwie dzień przed moim przyjazdem Michael Mann pokazywał tam swojego „Hakera” – oraz stojący naprzeciwko Roosevelt Hotel, którego budowę sfinansowali niegdyś między innymi Douglas Fairbanks i Mary Pickford; sypiały tam gwiazdy, w sali bankietowej zorganizowano pierwszą w historii ceremonię oscarową, a ponoć na korytarzach straszą duchy Marilyn Monroe, Montgomery’ego Clifta i Errola Flynna. Pod Chinese Theatre zbierają się przebierańcy różnej maści, sępiąc choćby po parę groszy za możliwość zrobienia sobie z nimi fotki i, co znamienne, lwia część z nich nosi kostiumy superbohaterskie; platynowe peruki i białe sukienki pierwszej damy kina zostały zastąpione przez lateksowe kostiumy Catwoman.

Co drugi lokal na Hollywood Boulevard zajmują nie kina, a sklepy z pamiątkową popeliną, plastikowymi statuetkami Oscara, magnesami na lodówkę i drogimi gadżetami, które w zwyczajnej sieciówce można dostać o jedną trzecią taniej. Ale są tutaj też i sklepy z prawdziwymi skarbami, przykurzonymi starymi książkami, plakatami, reprodukcjami słynnych zdjęć, pożółkłymi pressbookami i różnymi różnościami. Rzecz jasna ta jedna jedyna ulica Hollywood nie czyni, bo to rozrzucone jest po całym mieście – rzeczone studia filmowe – zaś sama dzielnica to jeszcze chociażby słynny Bulwar Zachodzącego Słońca, czyli Sunset Boulevard, pełen miejsc nie mniej kultowych. Dla fanów rocka będą to oczywiście klub Whisky a Go Go, gdzie zaczynały takie kapele jak The Doors i Guns N' Roses oraz The Roxy, swojego czasu ulubiona knajpa Johna Lennona i Alice Coopera. Zaraz obok znajduje się niegdyś popularna wśród gwiazd kina i muzyki restauracja Rainbow Grill and Bar, w której przed laty spotkali się na pierwszej randce Marilyn Monroe i Joe DiMaggio. Podobne historie można mnożyć, bo praktycznie z każdym tutejszym lokalem i lokalikiem wiąże się chociażby krótka anegdotka.

Po długotrwałym okresie stagnacji Hollywood nieco odżyło, poddane rewitalizacji, a należy pamiętać, że pod koniec lat osiemdziesiątych rozważano nawet wyburzenie części charakterystycznych dla dzielnicy budowli. Dzisiaj władze miasta starają się przyciągnąć stacje telewizyjne i inne firmy związane z biznesem rozrywkowym, inwestując w kompleksy biurowe i krok po kroku odnawiając kolejne części dzielnicy, co przyczynia się do wzrostu nie tylko prestiżu marzącego o dawnym statusie Hollywood, ale i czynszów, z czego z kolei mieszkańcy zadowoleni nie są. Cóż, legenda nie umiera nigdy, ale czasem musi złapać się za bary z szarą rzeczywistością.

Artykuł ukazał się w Pixelu #02, sklep Pixela