Do Nadarzyna jedzie się teraz powiększonymi Alejami Jerozolimskimi, ale ciągle mam wrażenie, że okolice Lasu Młochowskiego nie są w stanie podrobić San Diego.

Zaczęło się od czekania na Pamelę Anderson. Sobotni słoneczny poranek, średnio wypełnione sale Warsaw Comic Con i dziesięciu fotoreporterów kręcących się pod ścianką w oczekiwaniu na byłą, występującą jeszcze wówczas jako szatynka, Playmate of  the Month i gwiazdę „Baywatcha. Słonecznego patrolu”. Mało kto już pamięta, że Pamela nie została Playmate of the Year, przegrywając walkę o ten tytuł z dziewczyną producenta filmowego Joela Silvera Lisą Matthews, co nie przeszkodziło jej w zrobieniu dalszej kariery, która tak naprawdę miała dwa momenty kluczowe – wspomniany serial i pionierską, wymyśloną długo przed Paris Hilton sekstaśmę. Ale uwaga, uwaga – pojawiła się również w grze wideo na szaraka od Sony, okładając delikwentów za pomocą torebki i szpilek.

No więc czekamy przed czarną kurtyną na wejście gwiazd. Grupka zawodowców świata obiektywów, a na doczepkę ja. Pół godziny opóźnienia. Reporter jednego z dwóch największych brukowców marudzi pod nosem: „Ale gwiazda, ćwierć wieku temu jeden serial zrobiła”. Siedemdziesięcioletni, siwy nestor (na szyi ma starego Pentaxa!) narzeka do kolegi, że lepiej było w tym samym czasie, czyli przed południem, siedzieć na Narodowym, czatując na jakąś gwiazdę, której nazwiska nie dosłyszałem. I nagle sygnał, że gwiazdy wchodzą na scenę, przed którą czeka na nie rzesza nastolatek. Pojawiają się nieznane mi twarze dwudziestoletnich aktorów wywołujące ekstazę za naszymi plecami. Wszyscy reporterzy robią zdjęcia w trybie ekspozycji seryjnej, migawki strzelają jak kałasznikowy. I nagle zjawia się facet w niebieskim sweterku. Nie poznałbym go, gdyby prowadzący nie rzucił: JULIAN GLOVER. No, przecież w powodzi celebrytów z „Gry o Tron” i „Harry’ego Pottera” to megagwiazda, jeden z największych żyjących brytyjskich aktorów!

Ten facet zagrał jedną z głównych ról w klasyku SF z lat sześćdziesiątych „Quatermass and the Pit” z niezapomnianej wytwórni Hammer w czasach, gdy wydawało się, że filmowe SF po ekstatycznej dekadzie zaczyna podumierać i „Star Trek” z „Doktorem Who” nie zdołają go ponownie wystrzelić na orbitę. Zresztą w tym ostatnim też grał. Jastrzębie oblicze czyniło z niego prawdziwego twardziela. Po serii ról dramatycznych przyszedł czas na rolę generała Veersa w „Imperium kontratakuje” dowodzącego naziemnym atakiem na mroźną planetę Hoth – jednego z nielicznych wyższych rangą wojskowych Imperium, z którego Darth Vader był zadowolony i nie musiał go podduszać. Potem Glover wcielił się w „zapasowego złoczyńcę” w Bondowskim „Tylko dla twoich oczu”, doznał przyspieszonego procesu starzenia jako Walter Donovan w „Indianie Jonesie i ostatniej krucjacie”, a w kolejnych latach traktowany już jako gwiazda, pojawiał się w mniejszych rolach w takich superprodukcjach jak choćby „Troja”. Najlepiej go oczywiście zapamiętałem z roli Veersa, tego przebiegłego i upartego faceta, który praktycznie w pojedynkę zniszczył tak sprawnie zorganizowaną bazę rebelii.

Po Gloverze pojawiła się w końcu Pamela, przeszła dosłownie o pół metra ode mnie, poopowiadała na scenie o tym, jaki był najtrudniejszy moment podczas kręcenia „Baywatcha”, a potem zapewne ustawiła się w boksach gwiazd, by oferować fanom kosztującą bodaj 150 złotych możliwość zrobienia sobie z nią zdjęcia. Tego już niestety nie zdołałem zobaczyć. Cóż, prawdziwa gwiazda filmowa była na tej imprezie tylko jedna. I nie był nią króliczek Playboya z lutego 1990 roku.