23 lata temu po raz pierwszy zagrałem w Final Fantasy VII. Niepozorny tytuł, którego fenomenu jako nastolatek nie mający wcześniej styczności z japońską szkołą RPG nie byłem w stanie zrozumieć. Cierpliwie przecierałem jednak szlaki sugerujące, że testowana przeze mnie gra jest najpewniej cyfrowym dziełem dekady. I wpadłem po uszy, jak zresztą niejedna osoba czytająca ten tekst.

Nie mogłem zatem pozostać obojętny, kiedy kilkanaście dni temu w PS Store pojawiło się grywalne demo remake’u siódmej odsłony serii Final Fantasy. Nie mogłem również nie porównać fragmentu zawartego w demonstracyjnym kodzie z oryginalną produkcją firmy Square. Nie tylko po to, by przekonać się, czy odświeżona wersja jest grą, na którą czekają miliony podobnych do mnie fanów, ale również czy wspomniane miliony nie zawiodą się po zakupie pełnej wersji przygód Clouda.

Zawiodą się

Będą to jednak te osoby, dla których czas zatrzymał się w miejscu wspomniane 23 lata temu. Osoby, czujące do gry ogromny sentyment, będący motorem napędowym przyszłej sprzedaży. Bez względu na to, jak bardzo będą się starać, dostrzegą zmiany dzielące oryginał od remake’u, z niekorzyścią na rzecz drugiego. Momentami stosowany izometryczny rzut oraz korytarzowe ujęcia zostały zastąpione w pełni przez kamerę osadzoną za plecami bohatera, co niekoniecznie musi podobać się wiernym fanom oryginału. Podobnie zresztą jak brak identycznego rozłożenia przedmiotów (zaraz po początkowej sekwencji cofając się do samego początku lokacji znajdowało się dwa dobra; w remake’u ich brak), lekko odświeżony i siłą rzeczy zmieniony zarys fabularny, niestosowanie turowego systemu walki z końca lat 90. czy w pełni dubbingowe kwestie wymawiane przez postać.

Tytułem nie będzie również zachwycone młodsze pokolenie, które nie rozumie magii oryginału. I trudno im się dziwić. Siłą rzeczy nie będą emocjonować się jakościowym skokiem wizualnym czy zmianami zastałych mechanik, ponieważ pozbawieni są punktu odniesienia. Co więcej, zastanawiać się będą jakim cudem gra, w której nie można skakać, podczas walk panuje trudny do opisania chaos, a przemieszanie japońsko-zagranicznego stylu utrudnia spójny odbiór gry, zalicza start liczony w milionach kopii sprzedanych sztuk. Chyba że się mylę, a Final Fantasy VII Remake zwróci się co najwyżej w kosztach produkcji…

Nie wszystko co się świeci jest różdżką z mythrilu

Pamiętać poza tym należy, że dla szerokiego grona odbiorców synonimem dobrych gier są takie pozycje jak Red Dead Redemption II czy God of War – tytuły całkiem inne niż opisywana tutaj produkcja. Z oczywistych względów będą ze sobą zestawiane, ponownie ze stratą dla przygód Clouda. Bo nie licząc rozwiązań graficznych, dla Europejczyków pozostają w tyle peletonu. Chociażby ze względu na początkowo infantylną fabułę (dwóch typów z niewielkim kawałkiem plastiku wysadza w powietrze reaktor niszcząc przy okazji połowę dzielnicy, aha…), nowy odbiorca może nie znaleźć w sobie bodźca do kontynuowania przygody. Stary z kolei mając do wyboru chaotyczną walkę tudzież grę przechodzącą się automatycznie, porzuci ją w trzy diabły na rzecz oryginału. Bo od obecnych produkcji wymaga się znacznie więcej niż w 1997 roku.

Na szczęście powyższa sytuacja wcale może nie mieć miejsca. Jest zresztą mocno fatalistyczna w wymowie i zakłada mało prawdopodobne scenariusze. Da się jednak zauważyć, że nowy Final Fantasy VII nie jest tym samym Final Fantasy VII, który każdy z nas pamięta. Oczywiście fabuła pozostaje w 99% taka sama, jednak na jej tle wyróżnia się inne osadzenie kamery, realistyczne odwzorowanie postaci, pełny ich dubbing oraz… prostota rozgrywki. Pytanie czy progres nie zabije tej gry a lepszym pozostałoby jej nie wskrzeszać. Jestem ogromnie ciekawy zagranicznych werdyktów, bo coś mi mówi, że Metacritic będzie pękał w szwach od skrajnych ocen. Które paradoksalnie mogą wcale nie wykluczać się wzajemnie.