Dziwne z nas – ludzi – stworzenia. Niby miłujemy pokój, ale od zawsze tworzymy najróżniejsze maszyny mogące zrobić kuku bliźniemu. Czasami są to projekty wręcz dziwaczne i o tym właśnie jest ten artykuł, który zakończę małym odniesieniem do naszego growego poletka.

Na początku cofnijmy się może do starożytnego Egiptu, a konkretnie w czasy XIX dynastii, której przedstawicielami byli na przykład Seti I oraz jego syn – chyba jeden z najbardziej znanych faraonów w dziejach, czyli Ramzes II. Ten drugi kontynuował dzieło zapoczątkowane przez swojego ojca, dbając nie tylko o rozwój gospodarczy kraju, ale także o to, by władane przez niego imperium posiadało jak najlepszą i najnowocześniejszą armię. W taki oto sposób egipskie wojsko miało na swym uzbrojeniu innowacyjne jak na swoje czasy łuki kompozytowe oraz niezwykle zwrotne i szybkie rydwany obsługiwane przez dwóch wojowników. Żołnierze Ramzesa posiadali na wyposażeniu dziwaczny miecz, tak zwany kopesz. Wyglądał on niczym nieślubne dziecko sierpa i miecza – jego ostrze wygięte było niczym we wspomnianym narzędziu polowym. Posiadało jednak dwa bardzo ciekawe rozwiązania. Po pierwsze, pomimo swego kształtu zakończenie głowni pozwalało pchnąć oponenta, a więc miecz nie zadawał tylko ran siecznych. Po drugie, klinga posiadała coś w rodzaju małego haka pozwalającego na przykład na zaczepienie się o tarczę rywala i odsłonięcie jego słabych punktów. Kopesz zadziwia swym wyglądem po dziś dzień, ale trzeba przyznać, że jest to broń przemyślana i niezwykle zabójcza. Potwierdzą to na pewno Hetyci polegli w bitwie pod Kadesz…

Kopesz odgrywał w Starożytnym Egipcie na tyle ważną rolę, że uznawano go za jedno z insygniów boga Amona-Ra, a dwa takie miecze znaleziono w grobie faraona Tutanchamona

Mówiąc o antyku, nie sposób nie wspomnieć chociażby o wielkim filozofie – Archimedesie. Wymyślone przez niego machiny, które zostały użyte do obrony Syrakuz przed Rzymianami, nawet dzisiaj działają na wyobraźnię człowieka. Weźmy choćby takie żelazne szpony, które uderzały w dno okrętu, łapiąc go w potężny uścisk, i wyrzucały go w powietrze. Albo pazur, który zaczepiał się o kadłub statku i wywracał go. Efekt psychologiczny na pewno był porażający, szczególnie w czasach, kiedy praktycznie wszyscy mieszkańcy świata wierzyli w morskie potwory. Szkoda tylko, że tym zmyślnym zabawkom nie udało się przechylić szali zwycięstwa na korzyć obrońców, bo Syrakuzy nie potrafiły przeciwstawić się potędze rzymskiej armii.

Ta chińska kusza to antyczny odpowiednik karabinka AK-47: brzydka, niecelna, ale za to tania w produkcji oraz łatwa w obsłudze, dzięki czemu mógł z niej korzystać każdy piechur. Zhuge Liang – genialny chiński strateg – usprawnił konstrukcję kuszy automatycznej, dzięki czemu mogła ona wystrzelić nawet do 3 bełtów jednocześnie

Skierujmy się na chwilę na drugi koniec świata, do Chin. O tym, że chińskie wynalazki miały spory wkład w rozwój zarówno starożytnego, jak i współczesnego świata, nie trzeba nikogo przekonywać. Nic dziwnego więc, że mieszkańcy tego kraju podziałali sobie również i na poletku militarystycznym, mając na swoim koncie chociażby odpowiednik dzisiejszej wyrzutni rakiet (tyle że pociskami były tam strzały) lub… torped. Innym ciekawym narzędziem do zabijania była kusza, ale nie taka zwykła kusza, tylko automatyczna. Urządzenie było bardzo proste w użyciu – wystarczyło używać tylko jednej dźwigni, która działała niczym spust w pistolecie. W górnej ściance tego antycznego karabinka znajdował się podajnik na bełty, których strzelec miał ponoć aż dziesięć. Kusza może nie była zbyt celna i najczęściej strzelano z niej „z biodra”, nadrabiała za to szybkostrzelnością i tym, że w bardzo krótkim czasie łatwo było wyprodukować spore ilości tej broni. Wyobraźcie sobie, że walczycie w polu i nagle wyrasta przed Wami cały mur kuszników uzbrojonych w takie cudeńka. Chyba najlepszą opcją byłoby uciekać, i to szybko, bo efektywny zasięg kuszy-automatu wynosił 80 metrów.

Mijały stulecia, a technika wojskowa szła do przodu. W średniowieczu na polach bitew pojawiły się między innymi długie łuki oraz miecze półtora i dwuręczne (ten drugi typ zadebiutował pod koniec wieków średnich), lecz pomimo swojej innowacyjności był to oręż – nazwijmy to – normalny. Na pewno jedną z dziwniejszych form broni były… ciała. Trupy poległych w walce lub zabitych zwierząt. Ostrzał obleganego miasta taką „amunicją” miał dwojakie zastosowanie: nie dość, że wywierało na przeciwniku wręcz porażający efekt psychologiczny, to w dodatku była to doskonała broń biologiczna. W średniowieczu nie za bardzo przejmowano się higieną, nie było powszechnej i bezpłatnej służby zdrowia, a w wielu miastach kanalizacja nie była tak rozbudowana, jak za czasów Imperium Rzymskiego. Jak widać, takie otoczenie doskonale sprzyjało rozprzestrzenianiu się chorób i to już bez zewnętrznej pomocy w postaci dodatkowych, niechcianych zwłok dostarczonych przez wrogie wojsko. Podobną taktykę stosowano zresztą we wcześniejszych epokach, na przykład wrzucając truchła martwych koni lub żołnierzy do rzek zaopatrujących ośrodki miejskie w wodę.

W późniejszym okresie spory wpływ na rozwój wojskowości miało rozprzestrzenienie się w Europie prochu strzelniczego. Już pod koniec wieków średnich ktoś wpadł na pomysł skonstruowania urządzenia o nazwie Ribauldequin, znanego u nas jako organki. Była to broń wielolufowa, ładowana odprzodowo, a wszystkie ładunki odpalane były praktycznie jednocześnie. Z uwagi na swoje rozmiary „instrument” nie był w stanie zagrozić obwarowaniom, był natomiast niezwykle zabójczy w starciu z piechotą. A gdy weźmiemy pod uwagę to, że takich organków w trakcie starcia można było użyć w większej ilości, to efekt był – dosłownie – masakrujący. Co jak co, ale piechociarze nigdy nie mieli łatwego życia… Oczywiście i oni zyskali na wprowadzeniu do obiegu tak cudownego wynalazku, jakim był proch.

Oto pistolet kacza stopa – zabawka dająca użytkownikowi sporą przewagę w każdej bójce barowej

Co i rusz pojawiała się jakaś palna broń ręczna, której celem było zwiększenie wartości bojowej żołnierzy lub która była środkiem obrony bezpośredniej cywili. Takim cudeńkiem był na przykład wytwarzany w XVIII i XIX wieku czterolufowy pistolet, potocznie zwany kaczą stopą, którą to przypominał ze względu na swój kształt. Ta wyglądająca bardzo nietypowo – nawet jak na dzisiejsze standardy – giwera została zaprojektowana z myślą o zapewnieniu jej użytkownikowi jak największych szans w obliczu przewagi liczebnej napastników. Jednak co cztery lufy, to nie jedna, nieprawdaż? Posiadanie takiej spluwy na pewno dodawało człowiekowi trochę pewności siebie przy spotkaniu grupki zbirów. Niestety, ta niecodzienna konstrukcja miała poważną wadę – celność. Niezwykle ciężko było z niej kogokolwiek trafić, przynajmniej jeśli mowa o osobniku, przed którym chcieliśmy się obronić. Cóż, lufy skierowane były na boki, a nie do przodu… Mimo tego kacza stopa znalazła swoich miłośników: użytkowali jej bankierzy, strażnicy więzienni, a nawet kapitanowie statków.

Co ważne, ten intrygujący pistolet nie był jedyną niecodzienną bronią, jaka powstała w XIX stuleciu. Tutaj najlepszym przykładem mogą być: Guycot 40, czyli pistolet łańcuchowy, który charakteryzował się łańcuchową konstrukcją (ot, taki nietypowy automat) oraz pistolet harmonijkowy o bardzo nietypowym, poziomym magazynku przypominającym harmonijkę ustną.

Ciąć czy strzelać? – oto jest pytanie. W obu przypadkach odpowiedzią będzie takie oto cudeńko

Warto też wspomnieć o dość interesującym przedstawicielu broni kombinowanej, którym był pistolet połączony z kordelasem. Skonstruowany przez marynarkę wojenną Stanów Zjednoczonych w 1838 roku miał być przydatny w trakcie abordażu. Był na wyposażeniu uczestników wyprawy amerykańskiego podróżnika Charlesa Wilkesa, gdy ten wyruszył w południowe rejony Pacyfiku. I co ważne, broń spełniła swoje zadanie, szczególnie w trakcie walk z agresywnymi autochtonami w rejonie Fidżi. To jednak nie pomogło jej zbudować swojej renomy, przez co w późniejszych latach nie zyskała na popularności wśród marynarzy i żołnierzy, finalnie zostając zastąpiona przez znany wszystkim bagnet…

Pistola con Caricato to pistolet stworzony na początku XX wieku. Ten potwór strzelał jednocześnie trzema nabojami 6,35 mm Browninga, i mógł ich pomieścić aż 18. Prawdziwa podręczna armata!

W tym momencie warto wrócić do odrobinę większych kalibrów i przyjrzeć się kartaczownicom. Ot, niby nic w nich dziwacznego, ale wypadałoby wspomnieć o jednej z pierwszych machin tego typu – brytyjskiej kartaczownicy Puckle’a. Co było w niej takiego nietypowego? Ano choćby to, iż zaprojektował ją człowiek będący z zawodu pisarzem, a swym wyglądem przywodziła na myśl przerośnięty rewolwer po kuracji bułgarskim metanabolem. Choć i tak najbardziej niezwykłą cechą tego potwora była możliwość strzelania dwoma różniącymi się od siebie typami amunicji: standardową, która posiadała okrągły przekrój, oraz niestandardową o przekroju sześciennym. Ten drugi rodzaj naboi miał być używany tylko przeciwko muzułmanom (Turkom) i miał zadawać jak najwięcej bólu. Ach, ten humanitaryzm…

Ten wielki protorewolwer łączył sporą siłę ognia z dużą – jak na ówczesne realia – szybkostrzelnością. Wprawny wojak mógł z niego oddać do 9 strzałów na minutę

A teraz przejdźmy do prawdziwej wagi ciężkiej, bo na chwilę skupimy się na czołgach. Jak wiadomo, po raz pierwszy pojawiły się na polach bitew w trakcie I wojny światowej. Mimo że chyba najbardziej udaną konstrukcją tamtego okresu był francuski Renault FT (jak się potem okazało, był to sprzęt wręcz rewolucyjny), to większość prędzej skojarzy sobie z tymi czasami brytyjski czołg Mark I.

Ta wyspiarska maszyna do najszybszych nie należała, a i urodą też nie grzeszyła. Mimo to przy niemieckim A7V mogła uchodzić za wzór delikatności i nowoczesnego wzornictwa. Niemcy, jak to Niemcy, stworzyli stalową fortecę, która w terenie praktycznie się nie poruszała, a w jej wnętrzu panowały temperatury, które można spotkać gdzieś w środku Tolkienowskiej Góry Przeznaczenia. A7V miały za to jedną gigantyczną zaletę – siłę ognia.

Jednak jeśli rozdawano by nagrody za najbardziej odjechany czołg wielkiej wojny, to pierwsze miejsce przypadłoby zapewne rosyjskiemu Carowi. Car-czołg to maszyna jedyna w swoim rodzaju. Po pierwsze, miała ona górować nad wszystkim, co mogło się znaleźć na polu walki, stąd oparta była o trójkołowe podwozie, na przodzie którego znajdowały się dwa gigantyczne koła o średnicy aż 9 metrów! Z tyłu zamontowane było tylko jedno koło o średnicy 1,5 metra. Takie rozwiązanie miało doskonale sprawdzać się w terenie, ale jak to w rzeczywistości bywa – skutek był odwrotny. Mniejsze, tylne koło grzęzło w trudnym terenie, a silniki o niedostatecznej mocy nie potrafiły wprawić tego potwora w ruch. Car to prawdziwy przerost formy nad treścią, nie powinno więc dziwić, że anulowano ten projekt.

Car był doprawdy gigantyczny. Ciekawe, co by było, gdyby Rosjanie dopracowali ten projekt i czołg pojawiłby się na wschodnim froncie I wojny światowej…

A co, jeśli ludziom brakuje mięsa armatniego lub po prostu chcą przekroczyć kolejne granice perfidii? Wtedy wysługują się biednymi zwierzakami. Doskonałym przykładem niech tu będzie projekt X-Ray, czyli zapalające bomby nietoperzowe, które w czasie II Wojny Światowej miały być zrzucone na terytorium Japonii przez amerykańskie lotnictwo. Program rozwijał się jednak powoli, aż w końcu go zamknięto. Z kolei Sowieci tresowali psy, by te zachowywały się jak żywe miny, dostarczając ładunki wybuchowe pod wrogie pojazdy. Jednym z minusów tego pomysłu było to, że czworonogi opierały się na węchu, a radzieckie wojsko nie stosowało tego samego paliwa albo smarów, co niemieckie jednostki. Nietrudno się domyślić, że psy częściej kierowały się w stronę znajomego im zapachu. Ktoś w dowództwie poszedł w końcu po rozum do głowy i koncept zarzucono…

Oto szczyt sowieckiego geniuszu: trenowanie psów z materiałami wybuchowymi na własnym sprzęcie

Na samym końcu spójrzmy na to, jak prezentują się wirtualne odpowiedniki narzędzi mordu. Zacznijmy od Japończyków, bo wiadomo, że w swych produkcjach dają się oni ponieść wyobraźni. Dla przykładu weźmy miecz Clouda Strife’a albo Masamune Sephirotha z Final Fantasy 7 – bronie przerośnięte aż do przesady, jakby obaj panowie coś sobie kompensowali. Dzierżony przez Squalla Gunblade z ósmej części cyklu Finałowej Fantazji oraz Keyblade należący do Sory z Kingdom Hearts też do zwyczajnych nie należą… Chociaż i tak wszystkich tych dżentelmenów w tyle zostawia Bayonetta i jej arsenał. Już same pistolety przymocowane do butów tej seksownej wiedźmy mogą człowieka zadziwić, a przecież to nie wszystko. Ta białogłowa ma w swej kolekcji nawet takie cudeńka jak gun-chucki, czyli dwa gnaty połączone ze sobą krótkim łańcuchem i przypominające nunczako. A jeśli tego jest mało, to pozostają jej włosy… Jeżeli ktoś grał, to wie, o co chodzi… Nie wspominam już o serii Dead Rising, bo tutaj już pełni można oddać się swym inżynierskim zapędom, tworząc wymyślne, zabójcze zabawki.

Black metal ist krieg! Dubstep ist krieg! Każda muzyka może być krieg, jeśli tylko ma się taką pukawkę

A zachodnie produkcje? Ich twórcy także potrafią zaszaleć i Grubas pojawiający się w nowych odsłonach Fallout jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Chyba nikt nie powie, że znana z serii Worms superowca, gigantyczny betonowy pomnik osła spadający z nieba lub bananowa bomba to coś normalnego… A pamiętacie Mr. Tootsa – sympatycznego jednorożca używanego przez głównego bohatera Red Faction: Armageddon, który strzelał z zadka tęczową wiązką? Ludzie z Volition musieli popuścić wodze fantazji, żeby wpaść na taki pomysł. Albo spożywali jakieś środki dopingowe, czego dowodem może być trzecia i czwarta część Saints Row. To w tych grach dostajemy do ręki wyrzutnie miotające ośmiorniczkami lub śmierdzącymi przepychaczkami do kibelka, majestatycznego Penetratora oraz karabin strzelający dubstepem, który można zmienić na death metal albo muzykę klasyczną (ach, ten „Cwał Walkirii”!).

Hej, kolego! Nie szpanuj, bo i tak mam większy kaliber, a do tego giętkiego jak pałka policyjna!

Jak widać, wyobraźnia ludzka nie zna granic, ale lepiej, by tworzenie śmiercionośnych zabawek przeniosło się całkowicie do wirtualnej rzeczywistości. Chyba każdy woli oberwać w grze dubstepem niż w realu dostać w twarz repliką kopeszu, prawda?

Artykuł ukazał się w Pixelu #27, którego nakład został już wyczerpany. Zapraszamy jednak do sklepu Pixela po inne wydania magazynu w druku oraz po cyfrowe wersje.