Żyjemy w świecie, w którym trudno zachować sekrety: moje konto Steam zdradza w co lubię grać (Micz podgląda) i na co poświęciłem najwięcej czasu w biblioteczce złożonej z 600+ tytułów. Zdecydowanie zbyt wiele Fallouta 3 (120 godzin), Skyrima (77 godzin) i układania domków z klocków w niedokończonym Reign of Kings (57 godzin). Sporo zagrywałem się też w Westerado, Deponię, Alana Wake’a, Half-Life’a 2, Book of Demons, Rogue Wizards (o jeszcze jedna cześć Deponii), BioShocka 2, South Park, Fallouta 4, Exanimę i Republique. No i New Vegas.

Właściwie dałoby się z tego poukładać z grubsza jakiś profil psychologiczny/psychopatyczny gracza. Na razie wiem tylko z podręcznego kalkulatorka, że mam konto z grami za jakieś 7500 zł. W większość nigdy nie zagrałem. To oczywiście tylko fragment widocznych uniwersów, bo jeszcze… Amiga, 3DS, Switch, Neo Geo X, jakieś Atari, Spectrum, C64, Amstrad, Falcon i kilkadziesiąt innych konsol wokół (no i nieprzeliczone godziny spędzone na grach z CD/DVD, niewliczonych w statystyki Steama. Micz podrzucił mi lekcję do odrobienia – łaziłeś tyle po Skyrimie, jakieś wnioski? Właściwie… żadne. Mój problem ze Skyrimem jest taki sam jak z innymi hitami Bethesdy – łażę do znudzenia, zazwyczaj nie tam, gdzie prowadzi główny wątek fabularny. Słowem – unikam jak mogę głównego wątku, zagłębiając się we wszelakich dziurach i misjach pobocznych. Do Skyrima podchodziłem od razu z zainstalowanymi DLC. Skończyło się tym, że na starcie władowałem się na jakąś wyspę z dodatku, a jak już z niej wróciłem właściwie miałem odpowiednio dopakowaną postać, żeby zrobiło się nudno w potyczkach. I jeszcze pies. Dorwałem go gdzieś na początku rozgrywki, nie mogłem się go pozbyć (co nakazywał główny wątek związany z gadającym psem), no i został. Łazi za mną i… jest nieśmiertelny. Co dodatkowo psuje zabawę. Tak samo zrobiłem z Breath of the Wild – topiąc 250 godzin na łażeniu wszędzie, byle nie zgodnie z linią fabularną. W Super Mario Odyssey też da się tak grać.

Wychodząc nieco z tych rozważań – zadałem sobie pytanie – ile właściwie w tej chwili można mieć gier na Steamie? Właściwie okazało się to całkiem proste do sprawdzenia: to niemal okrągła liczba wynosząca w dniu 14.02.2018 roku 40810 gier. Dwa lata temu było to około 7390 gier. Lista steamowych odznak za posiadanie pokaźnej kolekcji gier dopowiada resztę: największe kolekcje obejmują zaledwie połowę całej biblioteki, jakieś 19 000 tytułów (z dokładnością 500). Być może się mylę, ale to największa kolekcja jaką udało mi się odnaleźć. Warta 91 000 dolarów. Jej posiadacz jak na razie zagrał tylko w 720 gier z tej biblioteki, poświęcając im 9150 godzin. Pozostało mu więc średnio 25 lat grania bez snu, żeby zobaczyć wszystkie z posiadanych gier (spędzając w każdej po 13 godzin). Dodając chwile na sen, rodzinę i pracę – będzie miał co robić jeszcze przez 50-60 lat. No chyba, że wasz risercz jest lepszy od mojego riserczu i wiecie lepiej, co w Steamie piszczy.

Przyznam się, że odnalazłem i uwielbiam wracać do pewnego perfekcyjnego zjadacza czasu na ekranie smartfona. Nie, nie jest to klon Bejeweled (i nie powiem, gdzie można znaleźć z półtorej setki darmowych klonów tej gry, bo zginiecie na wieki). Z niego, Zumy, Minesweeperów i innych wynalazków udało mi wyrosnąć. Spędzam czas na odkrywaniu podziemi łotrzykiem, (albo magiem, albo łowczynią albo rycerzykiem) w Pixel Dungeon – perfekcyjnie perfidnie skrojonym rougelike’u, który najpierw solidnie wku…rza od pierwszej potyczki, a potem tylko rozjątrza rany. Bo kiedy trzeba porzucić cały uciułany przez długie godziny ekwipunek w środku najlepszej zadymy, w wyniku permanentnego zgonu, to krew się gotuje i szybki w smartfonach pękają. I wtedy trzeba zacząć jeszcze raz. Przez jeden durny błąd, przez drobne niedopatrzenie (z głodu, z braku życia, z zatrucia, podpalenia, porażenia…) Co niezwykłe – balans pomiędzy poirytowaniem, zaciekawieniem i chęcią podjęcia jeszcze jednej próby jest perfekcyjnie wyważony. Mimo że dobrze wiem ilu bossów i jak wiele poziomów przede mną, jeszcze nie dotarłem najgłębszych kazamatów. I dobrze mi z tym, bo wiem że jestem wystarczająco uparty, by spróbować jeszcze raz. Dać się wciągnąć w rozgrywkę, która rzadko kończy się sukcesem. Przy okazji nauczę się jeszcze paru sztuczek ukrytych w mechanice rozgrywki. Ciekawostka: w Google Play istnieje przynajmniej kilkanaście klonów Pixel Dungeon, w tym takie z opcją wycofania ostatnich posunięć, zapisu stanu gry, bądź z polską lokalizacją, nowymi bohaterami, zmienioną grafiką (i reklamami). Widziałem chyba nawet Pixel Dungeon 2. Żaden z klonów nie dorasta pierwowzorowi do pięt. Bo wyważyć poziom trudności i samozadowolenia gracza trzeba umieć. Jeśli mi ktoś dziś powie, że Dark Souls jest trudny, to wyciągnę telefon i dam mu zagrać w Pixel Dungeon. Po pierwszych pięciu setkach prób pewnie zrezygnuje. A Wy do którego poziomu (podziemi/rozwoju postaci) dotarliście?