Brakowało wam nowych map do ostatniej odsłony Call of Duty? Trzeci dodatek zatytułowany United Front powinien zatem spełnić oczekiwania. Reszta może raczej przejść obojętnie obok tego DLC.

Jak ten czas leci! To już ponad 3 tygodnie od kiedy światło dzienne ujrzał trzeci dodatek do Call of Duty WWII. Wybaczcie że dopiero teraz dzielę się wrażeniami, ale czasami życie potrafi skutecznie dać po tyłku, co później odbija się w taki właśnie sposób. Anyway, nie ma co przeciągać. Proszę Państwa, oto United Front.

Nie wiem czy takie huczne przedstawianie tego dodatku nie jest za bardzo na wyrost. A to z jednej prostej przyczyny, którą od razu zdradzę – to DLC tak naprawdę nie wnosi nic nowego. Wiem, wiem, wielkie zaskoczenie. Z jednej strony można to uznać za minus, bo w końcu trochę złotówek trzeba na niego wydać, z drugiej zaś dla mnie problemu nie ma, bo wyjątkowo dobrze bawię się w CoDa w obecnej formie i nie oczekuję zbyt wiele. Zresztą, poprzednie dodatki też nie siliły się na więcej.

Wraz z pobraniem United Front otrzymujemy między innymi 3 całkowicie nowe mapy do rozgrywki wieloosobowej. Moją ulubioną jest bez wątpienia Stalingrad. Pomimo iż nie lubię klaustrofobicznych poziomów, ten wyjątkowo przypadł mi do gustu i świetnie sprawdza się, kiedy nie mamy za dużo czasu na grę. Ta śnieżna mapa jest bardzo dynamiczna, jednak mimo to jej konstrukcja pozwala zarówno przyczaić się, jak i wykonać atak w stylu Rambo.

Przeciwieństwem jest natomiast Market Garden. Na tej mapie większość czasu prowadzimy pojedynki wewnątrz posiadłości ulokowanej w centralnej części. Poziom równie szybki i dynamiczny, ale w przeciwieństwie do Stalingradu ciężko tutaj odnaleźć się w roli snajpera. O wiele lepiej sprawdza się strzelba.

Nieco inaczej znowu prezentuje się Monte Cassino, mapa którą śmiało mogę uznać za drugą ulubioną w tym DLC. Jest ona większa i zdecydowanie pozwala na ciekawszą zabawę zespołową, dając większe pole do popisu w kwestii strategii. Mamy tutaj dużo wąskich uliczek, jest sporo drabinek, możliwości skakania po dachach, bez wątpienia każdy odnajdzie się tutaj w swojej ulubionej roli.

Za sprawą trybu Wojny trafiamy zaś do Tunezji, aby wziąć udział w Operation Supercharge i przy okazji nieco zmienić klimat na bardziej pustynny. Dla jednej ze stron jest to wyjątkowo trudna przeprawa, gdyż zaczyna się od spadania na ruiny na spadochronie, co oczywiście w połączeniu ze świstającym koło ucha ołowiem stanowi bardzo ryzykowny początek. Później nie jest łatwiej, trzeba podkładać i rozbrajać ładunki czy przejmować obszary mapy, nie oszukujmy się, wszystko to już znacie. Rozgrywka jest naprawdę dynamiczna, jak dla mnie trochę zbyt chaotyczna, ale wierzę że wielu z Was przypadnie do gustu.

Tradycyjnie już, mam trochę zastrzeżeń do trybu z zombiakami. Lubię go i uważam, że taka zabawa ma ogromny potencjał, ale zaserwowane w United Front poziomy po raz kolejny sprawiły, że nabawiłem się klaustrofobii i oczopląsu. Ten chaos panujący po rozpoczęciu fali nie do końca mi się podoba, a szczególnie w tym dodatku, bo teraz wraz z nowymi falami zombiaków pojawiły się zadania, których wykonanie jest niezbędne do przejścia dalej. Może to być np. konieczność zniszczenia czułych punktów sterowca latającego nad głową, albo zabicie kilku naprawdę niezłych sk***ów. No i fajnie! Tylko gdyby poziomy były mniej klaustrofobiczne lub fale zombie nieco mniej liczne, to byłby czas na bardziej sensowną rozgrywkę, a przecież często gramy z osobami w ogóle nam nieznanymi. Tak czy inaczej, nie ma co narzekać. Activision dodatkowo urozmaiciło tryb zombie o rozdziały, więc otrzymujemy nie jedną a trzy nowe lokacje. Miło:)

To brać to DLC czy nie? Odpowiedź wbrew pozorom prosta. Jeśli spędzasz sporo czasu w WWII i dobrze się bawisz, nie widzę problemu aby wyłożyć te kilka blaszek. W przeciwnym razie nie widzę specjalnej potrzeby, bo po prostu United Front nie wnosi rewolucyjnych zmian. Ze względu na brak czasu wracam do CoDa sporadycznie, przez co dodatek składający się tak naprawdę tylko z map spełnia moje oczekiwania, dla nieco bardziej zaangażowanych może to być niestety trochę za mało.