Szum deszczu kwasu siarkowego w wyższych partiach atmosfery Wenus, szmer wietrzyku w rzadkiej atmosferze Marsa, ryk huraganu Wielkiej Czerwonej Plamy na Jowiszu, podwodne bulgotanie w metanowych jeziorach Tytana, erupcja lodowego wulkanu na Europie. Wszystko to dźwięki, których żaden człowiek jeszcze nie słyszał.

W przestrzeni kosmicznej dominuje cisza. Choć nie ma w niej idealnej próżni, to materia występuje tam na tyle rzadko, że nie stanowi ciągłego ośrodka, w którym mogłyby rozchodzić się fale dźwiękowe. Co innego na niektórych planetach i księżycach, gdzie cicho wcale nie jest i zwykła ciekawość nakazywałaby przyłożyć ucho.

Pierwsze nagrania audio na obcej planecie zawdzięczamy radzieckim sondom Wenera. Wenery 13 i 14 wyposażone były w instrument Groza-2. Był to czujnik akustyczny, który rejestrował niskie dźwięki od 400 do 2500 Hz. Miał on służyć do obliczania prędkości wiatru, jak również do wykrywania wyładowań atmosferycznych. Przez pierwsze cztery minuty na powierzchni urządzenie pracowało w trybie ciągłym. Taki zapis z marca 1982 roku, z Wenery 14, jest dostępny w sieci, chociaż po prawdzie słychać na nim tylko szum. Głośniejszy szum pojawia się, kiedy po wylądowaniu zaczynają pracować urządzenia Wenery, w tym pirotechnicznie zdejmowany dekiel z obiektywu fotograficznego. Cichszy szum, kiedy słychać sam wiatr. Po prostu czujnik akustyczny był zaprojektowany do określonych badań naukowych, a nie studyjnych nagrań dla publiczności. Zresztą do dziś wynik jego pracy jest najlepszym dostępnym materiałem dźwiękowym z obcego świata.

Drugim rarytasem jest opublikowany przez ESA zapis audio z lądowania w styczniu 2005 europejskiej sondy Huygens na księżycu Saturna, Tytanie. Czujnik akustyczny wchodził tam w skład modułu odpowiedzialnego za badania struktury atmosfery – HASI. Niestety tu również nad potrzebami kosmicznych audiofilów przeważył naukowy pragmatyzm. Czujnik akustyczny obsługiwał zakres niskich częstotliwości do 6000 Hz. Ze względu na ograniczenia nadawcze, uśrednione próbki dźwiękowe przesyłane były co dwie sekundy. To, co słychać na nagraniu ESA, jest rekonstrukcją i zawiera prawdziwe próbki nagrane na Tytanie, ale to, co słychać między nimi, jest sztucznie ekstrapolowane już na Ziemi. A słychać tylko szum; nie jest to nic, co mogłoby w jakimkolwiek stopniu szarpnąć duszę.

Trzeciego przykładu nie ma. Były podejmowane próby nagrania dźwięków z Marsa, ale jak dotąd żadna z nich się nie powiodła. Mikrofon znajdował się na pokładzie sondy Mars Polar Lander, która dotarła do czerwonej planety w grudniu 1999 roku, ale rozbiła się przy lądowaniu. W mikrofon wyposażono też sondę Phoenix, która dotarła na Marsa w maju 2008. Tu, podobnie jak w sondzie Huygens, mikrofon był częścią większego modułu, MARDI, odpowiedzialnego za obrazowanie lądowania. Czujnik akustyczny miał nagrywać odgłosy przy lądowaniu, ale nie uruchomiono go z obawy, że może zakłócić pracę innych układów MARDI. Uznano, że obraz jest ważniejszy niż dźwięk. Choć lądowanie było udane, mikrofonu nie włączono również później. Konieczna byłaby aktualizacja oprogramowania, brakowało funduszy, a kontakt z sondą urwał się w listopadzie 2008.

Mikrofon, w jednej z proponowanych wersji stereofoniczny, miała mieć europejska misja ExoMars, ale ostatecznie nie załapał się on na pokład. Zresztą sonda Schiaparelli rozbiła się przy lądowaniu w październiku tego roku. Kolejny mikrofon NASA wyśle w ramach planowanej misji łazika Mars 2020.

Chcemy wreszcie usłyszeć kosmos. Nie jakieś bazarowe sztuczki ze zmianą częstotliwości radiowych do zakresu słyszalnego przez człowieka, ani z przekładaniem wibracji kół łazika na dźwięk, ani też choćby najlepszych symulacji planetarnych dźwięków wykonanych na Ziemi, tylko autentyczne, bezpośrednie nagranie. Mikrofon ma nie być okrojonym dodatkiem na wcisk wrzuconym do innego modułu. To musi być pełnoprawne, wysokiej jakości urządzenie stereofoniczne, działające w całym słyszalnym przez człowieka zakresie częstotliwości, powiedzmy od 20 do 20 000 Hz. Dźwięk ma być nagrywany w sposób ciągły, przekazany na Ziemię w możliwie surowej postaci – z kompresją, ale bez dodatkowych obróbek i manipulacji na miejscu. Nagranie audio ma obejmować nie tylko samo lądowanie, ma być obecne wszędzie tam, gdzie jest nagrywany obraz. Mamy słyszeć buksujące w terenie koła łazika, szum siłowników wysięgnika, każde sapnięcie i stęknięcie maszynerii. Wreszcie, jeśli ktokolwiek ma kiedyś zamieszkać na Marsie, to niech ktoś puści tam na próbę jakąś muzykę, żebyśmy wszyscy mogli usłyszeć, jak to tam brzmi.

Artykuł ukazał się w Pixelu #22, którego nakład został już wyczerpany. Zapraszamy jednak do sklepu Pixela po inne wydania magazynu w druku oraz po cyfrowe wersje.