Nigdy nie czułam pokoleniowej przynależności. To dosyć banalne stwierdzenie i uprzedzając pytania: nie, nie chciałabym kupować mięsa na kartki, nie mieć dostępu do Internetu i martwić wprowadzeniem stanu wojennego.

Jestem za to pewna, że chętnie wymieniłabym znaną mi rzeczywistość na czas, gdy w weekend jechałabym usłyszeć Open Fire na Metalmanii, Ozzy Osbourne nie miał Parkinsona, a do kin wchodziła właśnie pierwsza część Powrotu do przyszłości. To właśnie od przyszłości starałam się od dzieciństwa uciekać i choć urodziłam się w czasach Diablo II i płyty CD, moje najwcześniejsze wspomnienia związane są z kasetami magnetofonowymi i grami retro (choć dziś dwójka Diablo też mogłaby być do nich zaliczana). Nie musiałam być urodzonym graczem, żeby jako dziecko znaleźć z tatą na tym polu wspólny język.

Zanim nauczyłam się chodzić, pierwsze kroki stawiałam w czytaniu – liter nauczyłam się z początków słów tekstów w CD-Action, a moją najwcześniejszą przyjaciółką była Amiga 500. Kupiona przez ojca z wypiekami na twarzy na początku lat 90., a uchodząca na początku dwutysięcznego roku za relikt przeszłości, wydawała mi się najbardziej futurystyczną rzeczą na świecie, podobnie zresztą jak walkman czy dyskietki. To samo czułam oglądając stare, polskie teledyski czy Akademię Pana Kleksa. Retrofuturyzm to jednak temat na obszerniejszy tekst.

To nie same gry sprawiały mimo wszystko, że w Amidze tkwiło coś fascynującego. Była w niej muzyka, a w tych dźwiękach coś do łez przejmującego, choć pierwsza krzyczałabym, że dźwięki elektronicznego weselnego keyboardu nie mają w sobie żadnego ładunku emocjonalnego. W każdym razie na pewno mniej niż te wydobywające się ze stuletniego fortepianu. Wystarczy wspomnieć główny motyw z Agony, którego melodia faktycznie przypomina klawisze. I choć generuje ją komputer, wzrusza bardziej niż sto takich stuletnich żywych instrumentów. 16 bitów niesie w sobie, oprócz zapisanych danych, nie tylko wspomniany ładunek emocjonalny, ale współcześnie także kilkadziesiąt lat historii – soundtracków gier i rozwoju technologicznego. Przede wszystkim jest jednak świadectwem niemożliwego – jakim cudem te konsole, do cholery, były w stanie wydać z siebie takie dźwięki?

Całkiem niedawno tata poświęcił kilka godzin, żeby wśród wielu archiwalnych playlist znaleźć ten jeden motyw z Amigi, który pamiętałam najwyraźniej – spadające w rytm towarzyszącej im muzyki łezki. Tak natknęłam się na ludzi tworzących demoscenę. Kiedyś – znudzonych nastolatków, rozsyłających chętnym pocztą demonstrujące umiejętności dyskietki z obrazem i muzyką. Dziś są to artyści i czarodzieje swojego fachu. Czym bowiem, jeśli nie magią, wydawała się wtedy dzieciakom przekraczająca możliwości konsoli grafika wektorowa i kim, jeśli nie artystami, byli twórcy dema, którego nazwa mówi sama za siebie –  State of the Art?

Najciekawiej opisali to zjawisko Tomasz Cieślewicz i Piotr Marecki w książce poświęconej demoscenie – Oni migają tymi kolorami w sposób profesjonalny. I faktycznie, Spaceballs – norweska demogrupa pracująca z Amigą, miga w State of the Art tak, że w końcowym stadium dema widz ryzykuje atakiem padaczki. Za wrażenie bycia świadkiem przełomu, które odczuwały zgromadzone przed ekranami nastolatki, odpowiadała jednak także muzyka. Rozwścieczone techno, którego nie powstydziłaby się scena rave, atakowało słuchaczy falą płynącą z przestarzałej maszyny z 1987 roku. Człowiek rzucający wyzwania naturze, ciągle przekraczający własne możliwości to trop znany od tysięcy lat. Kiedy jednak rzuca wyzwanie maszynie i wtedy dokonuje niemożliwego, zyskuje prawie boski status. To udawało się członkom demosceny, dla których zabawa w boga była nagrodą samą w sobie i dodatkiem do dobrej zabawy. Choć doceniam pracę muzycznej części Spaceballs ze względu na jej przełomowość, gatunkowo jest mi jednak o wiele bliżej do tego, co robili np. chłopaki z Red Sector. Z ogromu dem to właśnie do ich Megademo wracam najczęściej. I kłamałabym mówiąc, że nie ma to związku z ukradzionymi przez nich podobiznami Eddiego z Iron Maiden i Vica z okładki Peace Sells… Megadeth…

To również zasługa Romeo Knighta (którego styl rozpoznam już wszędzie) – jednego z członków Red Sector odpowiedzialnego za muzykę. Z jego względnie prostych, 16-bitowych kompozycji dałoby się stworzyć mnóstwo dobrych metalowych kawałków, choć udowadniał to już wcześniej hard-rockowy theme z Chuck Rocka czy doommetalowy wręcz soundtrack z Druida II: Enlightenment.

Nieprzypadkowo. Na stronie dawnego idola młodych programistów, przeniesionego w dzisiejsze bezlitosne facebookowe realia (z raptem setką polubień…) przykuwa uwagę zdjęcie pięćdziesięcioletniego dziś Romeo z „żywym” instrumentem w dłoniach.

To, że jest gitarzystą, faktycznie da się w amigowych demach usłyszeć. Imitujące bendy czy vibrato piski na tyle pobudzają wyobraźnię, że kompozycje Knighta bez problemu można sobie wyobrazić jako solówki widocznie inspirujących Red Sector Maidenów czy grupy Mustaine’a. Choć współcześnie tworzenie muzyki na rzecz demosceny ustąpiło miejsca solowej działalności (wystarczy przejrzeć jego profil na Bandcampie), jego miłość do gier jest równie wielka, jak miłość do sześciu strun. Nie później niż kilka lat temu zgarnął kilka nagród za soundtracki podczas Tokio Game Show – i widocznie idzie z duchem czasu, skoro tworzy także dla twórców gier mobilnych.

Z muzyką z Megademo w tle szukam dalszych informacji o odpowiedzialnych za nią ludziach. Patrzę na znajome nazwiska ekipy z Red Sector i napis komunikujący, że grupa zakończyła działalność. Nie mam już trzech lat, żeby udawać, że są przyszłością, najnowszym odkryciem, najnowocześniejszym, czego w życiu doświadczyłam. Stają się reliktem przeszłości tak, jak zalegająca w piwnicy Amiga. Czy to jednak koniec pewnej ery? Demoscena nie może więcej zaskakiwać, próbując ujarzmić technologiczne nowinki prześcigające się same ze sobą kilka razy w ciągu roku. Wciąż może być jednak żywym pomnikiem. Kronika Polskiej Demosceny walczy o wpisanie jej na listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, tak jak stało się to już w kilku innych krajach. Wciąż odbywają się poświęcone temu zjawisku festiwale – SillyVenture, Xenium, Lost Party, Revision…

Dziś Amiga nie płacze już pikselowymi łzami i nie jest to żadna poetycka metafora – padła część OCS (Original Chip Set), Denise, odpowiedzialna za obraz. Wciąż działa jednak dźwiękowa Paula i nie może to być przypadek, skoro to ten element od zawsze uznawałam za najważniejszy. Ja jednak też po niej nie płaczę – widząc, jak prężnie rozwija się współczesna demoscena, kult gier retro staje się powoli mainstreamem, a coraz więcej gier indie powraca do pikselowej grafiki. W kwestii jak zwykle najważniejszej – muzycznej – sporo do powiedzenia mają tacy twórcy jak Nightrun87 tworzący w nurcie neo 80s, miksujący elektronikę choćby z brzmieniami gitary elektrycznej, za co z pewnością uśmiechnąłby się do niego Romeo Knight. Za te wszystkie lata, gdy „sztuczna” muzyka ze starych gier rozbudzała we mnie miłość do każdej – a także pomnożyła chęć sięgnięcia, o dziwo, po żywy instrument jedynym, co mogę dodać od siebie, jest napisanie tego tekstu. Ewentualnie – przełożenie na sześć strun głównego tematu z Agony. Dziękuję, Przyjaciółko.